Współcześni Romeo i Julia. Dorit Rabinyan "Żywopłot".

/ 10 listopada
Liat z Izraelu i Hilmi z Palestyny­ − dwa światy, dwoje potencjalnie różnych ludzi i uczucie, które wszystko splata. Niczym Romeo i Julia lewitują pomiędzy tym, co ich łączy a tym, czego chcą ich przyjaciele, rodziny, państwa. Jest to historia nie tyle miłosna, co problematyczna, zahaczająca o kwestie społeczne i polityczne.


Dorit Rabinyan jest izraelską pisarką, która w 2014 roku Żywopłotem zawojowała swoją ojczyznę. W związku z tym na swoim koncie ma pełno nagród jak i skandali. W jednym z nich główną rolę zagrało ministerstwo edukacji, które wycofało książkę z listy lektur dodatkowych w szkołach w Izraelu. Zmienili oni jednak swoje stanowisko po licznych protestach czytelników i znanych izraelskich pisarzy.

Rzecz dzieje się w dzisiejszych czasach. Liat, będąca na stypendium w Nowym Jorku przypadkiem trafia na Hilmiego ­− Palestyńczyka, artystę i człowieka wrażliwego. Z niewinnej znajomości zrodziło się wielkie, pałające namiętnością i oddaniem uczucie. Jednak nie wszystko jest takie kolorowe jak w bajkach Disneya.

Mogłoby się wydawać, że miłości nic nie może przeszkodzić. Stąd moje porównanie do Romea i Julii. Zakończenie różni się od popularnej historii miłosnej, ale problem pozostaje ten sam. Tam − dwie nienawidzące się rodziny, tutaj − dwa nienawidzące się narody. Mimo żywego oddania obydwóch kochanków nie mogą oni uciec od depczących im po piętach konfliktów, różnych sposobach wychowania czy dwóch różnych polityk.

Bohaterowie starają się kochać, rozmawiać, dzielić się wszystkim jak najwięcej, gdyż ich miłość ma termin przydatności. Kończąca się wiza Liat zabiera im nadzieję na kontynuowanie pielęgnacji nad ich niewinnym uczuciem.

„- Boże wielki, ale jak? - jęknęła, otwierając szeroko oczy ze zdumienia. - Jak wy tak możecie?
- Co możemy?
- Kochać się tak bardzo i cały czas mieć świadomość, że to tymczasowe.”

Mimo, że po powrocie do swoich domów dzieli ich niecałe 70 kilometrów w linii prostej, to obydwoje mają utrudniony (w przypadku Liat) i niemożliwy (w przypadku Hilmiego) dostęp do granicy. Dodatkową przeszkodą zdaje się być budowany przez izraelski rząd mur, który odgradza oba narody. Nazywają go pieszczotliwie żywopłotem. Jakby mur był nic nie znaczącym ogrodzeniem między sąsiadami.

Powieść emanuje spokojem, pełnią nawiązań do obydwu kultur oraz tęsknotą za domem, bliskością i czułością. Czytając ją powoli zagłębiałam się w pełne głębi dialogi, zwyczaje i problemy, z którymi zmaga się niejedna para tego typu. Polecam tę książkę tym, którzy żywo interesują się konfliktem izraelsko-palestyńskim i chcą spojrzeć na ten temat trochę z innej strony jak i tym, którzy lubią niezwyczajne historie miłosne.

Marcelina Michaj
marcelina.michaj@gmail.com
Zdjęcie: Sofia Vetriak
Liat z Izraelu i Hilmi z Palestyny­ − dwa światy, dwoje potencjalnie różnych ludzi i uczucie, które wszystko splata. Niczym Romeo i Julia lewitują pomiędzy tym, co ich łączy a tym, czego chcą ich przyjaciele, rodziny, państwa. Jest to historia nie tyle miłosna, co problematyczna, zahaczająca o kwestie społeczne i polityczne.


Dorit Rabinyan jest izraelską pisarką, która w 2014 roku Żywopłotem zawojowała swoją ojczyznę. W związku z tym na swoim koncie ma pełno nagród jak i skandali. W jednym z nich główną rolę zagrało ministerstwo edukacji, które wycofało książkę z listy lektur dodatkowych w szkołach w Izraelu. Zmienili oni jednak swoje stanowisko po licznych protestach czytelników i znanych izraelskich pisarzy.

Rzecz dzieje się w dzisiejszych czasach. Liat, będąca na stypendium w Nowym Jorku przypadkiem trafia na Hilmiego ­− Palestyńczyka, artystę i człowieka wrażliwego. Z niewinnej znajomości zrodziło się wielkie, pałające namiętnością i oddaniem uczucie. Jednak nie wszystko jest takie kolorowe jak w bajkach Disneya.

Mogłoby się wydawać, że miłości nic nie może przeszkodzić. Stąd moje porównanie do Romea i Julii. Zakończenie różni się od popularnej historii miłosnej, ale problem pozostaje ten sam. Tam − dwie nienawidzące się rodziny, tutaj − dwa nienawidzące się narody. Mimo żywego oddania obydwóch kochanków nie mogą oni uciec od depczących im po piętach konfliktów, różnych sposobach wychowania czy dwóch różnych polityk.

Bohaterowie starają się kochać, rozmawiać, dzielić się wszystkim jak najwięcej, gdyż ich miłość ma termin przydatności. Kończąca się wiza Liat zabiera im nadzieję na kontynuowanie pielęgnacji nad ich niewinnym uczuciem.

„- Boże wielki, ale jak? - jęknęła, otwierając szeroko oczy ze zdumienia. - Jak wy tak możecie?
- Co możemy?
- Kochać się tak bardzo i cały czas mieć świadomość, że to tymczasowe.”

Mimo, że po powrocie do swoich domów dzieli ich niecałe 70 kilometrów w linii prostej, to obydwoje mają utrudniony (w przypadku Liat) i niemożliwy (w przypadku Hilmiego) dostęp do granicy. Dodatkową przeszkodą zdaje się być budowany przez izraelski rząd mur, który odgradza oba narody. Nazywają go pieszczotliwie żywopłotem. Jakby mur był nic nie znaczącym ogrodzeniem między sąsiadami.

Powieść emanuje spokojem, pełnią nawiązań do obydwu kultur oraz tęsknotą za domem, bliskością i czułością. Czytając ją powoli zagłębiałam się w pełne głębi dialogi, zwyczaje i problemy, z którymi zmaga się niejedna para tego typu. Polecam tę książkę tym, którzy żywo interesują się konfliktem izraelsko-palestyńskim i chcą spojrzeć na ten temat trochę z innej strony jak i tym, którzy lubią niezwyczajne historie miłosne.

Marcelina Michaj
marcelina.michaj@gmail.com
Zdjęcie: Sofia Vetriak
kontynuuj
Miesiąc mody okupował nie tylko Nowy Jork, Londyn, Mediolan i Paryż, ale również serca niejednego #fashionlover. Modowe potyczki sezonu wiosna/lato 2018 na przełomie września i października zwróciły na siebie oczy całego świata. Te z kolei błyszczały jak oczy dziecka, które dostało wymarzoną zabawkę.


Poczynając od  Zac'a Posena czy Toma Forda, którzy m.in. otwierali nowojorski tydzień mody, poprzez londyński pokaz Top Shopu z serwowanym espresso, a także tajemny debiut millenialsów u Dolce&Gabbany w Mediolanie, a kończąc na paryskim show Louisa Vuittona wieńczącego ostatni miesiąc stylowej akrobatyki. Miesiąc luksusu w postaci ubrań gotowych do noszenia. Miesiąc życia z głową w atłasowo-muślinowych chmurach. Miesiąc jednak przeminął, ale modowe wariacje długo nie dadzą o sobie zapomnieć.

Między 7 września a 3 października gorączka modowych dni ogarnęła świat za sprawą prezentacji kolekcji ready-to-wear na sezon wiosna/lato 2018 roku. Od zaprezentowania kolekcji Haute Couture dyrektorzy kreatywni domów mody nie mieli zbyt dużo czasu na przygotowanie nowej, kompletnie odmienionej, ale wciąż odzwierciedlającej ducha marki linii przeznaczonej na ulice codzienności. Każdy dom mody zobowiązany jest do utworzenia od czterech do sześciu kolekcji. Taki bilans w czasach monsieur Christiana Diora byłby nie do pomyślenia, dziś jest codziennością. Świat nie wie czego potrzebuje, przekonuje się dopiero wtedy, kiedy to w końcu dostaje. A dostaje fenomenalne wyobrażenie o przyszłości. Dla jednych to absurd, że o trendach na przyszłe sezony decyduje się z półrocznym wyprzedzeniem. Świat high fashion jest dynamiczny, ale jak wszystko potrzebuje podłoża. Podłoże zaprezentowane przez domy mody na przestrzeni roku inspiruje nas do szukania, swojego stylu w oparciu o nie. Sprawia, że zakochujemy się w duszy projektanta. Szaleństwo i napięty grafik niczym podczas akcji Diabeł ubiera się u Prady. Wizjonerstwo.

Na pierwszy ogień nowojorskiego spektaklu poszedł Tom Ford, którego zaproszenia kryły nie tylko numer rzędu, ale również dołączony flakonik Fucking Fabulous sygnowane nazwiskiem Forda. A to był dopiero początek nowojorskiego obłędu. #WANGFEST  na ruchliwych ulicach miasta, które nigdy nie śpi i modelki wysiadające z kursujących autobusów – pokaz otwarty dla mieszkańców. Z kolei amerykański sen według Rafa Simmonsa to Calvin Clein z zupełnie innej strony, zeszłosezonowy styl kowbojski przeplatany ze stylem amerykańskich barów lat 80. oraz denim, utworzyły wielowarstwowość przyszłej wiosny. Co jeszcze miał do zaoferowania NYFW? Uśmiech Caroliny Herrery, brokat Coach'a, wyścigi i surfing Fenty x Puma, bajkowe pomieszanie z poplątaniem Jeremy'ego Scotta, bezdźwięczne show Marca Jacobsa, burleska, ogromny budżet i buntownicze GoodGoneBad Philippa Pleina oraz feminizm Victorii Beckham. Nie zapominając o modernistycznym wyobrażeniu współczesnej kobiety w tiulowych sukniach Oscara de la Renty. Świeżo upieczeni dyrektorzy kreatywni – Kim i Garcia starają się odkryć w sobie ducha domu poprzez listy Mr. De la Renty umieszczone printem na sukniach, przemycając przy tym fragmenty pop-artu.


Czasu na kontemplacje nie było zbyt wiele, jedynie kilkunastogodzinny rejs nad Oceanem Atlantyckim umożliwił oswojenie się z ostatnim tygodniem. A niecierpliwy Londyn czekał już na przyjęcie spragnionych nowych wrażeń wizualnych #fashionlovers. Stolica Anglii w tym sezonie zaskakiwał. Marka Ralph&Russo, kojarzona z luksusem, w tym roku zadebiutowała linią dla szerokiej gamy odbiorców. TopShop Unique przed rozpoczęciem pokazu oferowała swoim gościom minimalistyczną wersję brunchu. A sama kolekcja inspirowana była życiem nocnym lat 90. oraz odważną, uwodzicielską cool-girl. Należy pamiętać również o pokazie Burberry, które po raz kolejny nawiązało do arystokratycznego stylu Brytyjczyków. Wisienką na torcie London Fashion Week był niewątpliwie pokaz Tommy'ego Hilfigera wraz z Gigi Hadid, która towarzyszy mu już od kilku kolekcji. Hilfiger zainspirowany ikonami rockowej muzyki takimi jak The Rolling Stones, The Doors, itp., w północnej części Londynu zorganizował pokaz Rock Circus. Sama kolekcja była jednak połączeniem wielu gatunków subkultur muzycznych, gdzie w znacznym stopniu przeważały akcenty rockowe. Hilfiger x Gigi po raz kolejny zaskoczyli powrotem do dzieciństwa, wciąż jednak stawiając modę na pierwszym miejscu.

Następnym tygodniowym przystankiem był Mediolan, jedno z prestiżowych miast modowych. Milano! Za tą nazwą ukryte są kolosalne oczekiwania. Ale i tym razem MFW wysoko zawiesił poprzeczkę. Wszystko za sprawą najbardziej doświadczonych kreatorów mody. Osoba Karla Lagerfelda zasługuje z marszu na owacje, on sam jeden jako dyrektor kreatywny dwóch domów mody tworzy dwie fenomenalne kolekcje naraz. Włoski styl Fendi, futuryzm form oraz triangulacja to znaki szczególne najbliższego sezonu. Trójkątne marynarki z wyraźnie zaznaczoną talią, rąbki spódnic o charakterystycznych wzorach. A nade wszystko Fendi propaguje logomanię. Z kolei przekraczając próg show Gucci, nie można nie myśleć o poprzednich pokazach nie z tej ziemi (ostatni wybieg zamieniony w maszynę przyszłości). Pokazy Gucci nigdy nie są uschematyzowane, panuje na nich dysharmonia, sprzeczność, jednak całokształt wydarzenia przyprawia o zawrót głowy. Gucci przyszłego sezonu = vintage, tweed, wytworność. Kompletnym oponentem wytworności jest Moschino Jeremy'ego Scotta. A jeśli w grę wchodzi Scott dodany do Moschino, nic nie jest pewne. Skórzane motocyklowe kurtki, kabaretki z dużym oczkiem w towarzystwie tiulowych spódnic baletnicy i krótka koszulka z printem My Little Pony. Dodajmy do tego ciało okryte kwiatami. Scott w ten sposób przekazuje światu pozytywne wibracje. W jego wydaniu Moschino to marka uśmiechu. Mediolański geniusz zaprezentowała również Miuccia Prada, w prostych słowach – feministyczny styl casual. Kobieta każdego dnia walczy o swoją pozycję w świecie, jednocześnie wyglądając i czując się fantastycznie. Dolce&Gabbana co sezon zaskakują nas nową propozycją podania mody. Po raz kolejny duet D&G skupili się na millenialsach, lecz w tym sezonie przeszli samych siebie. Zorganizowali dwa pokazy, pierwszy odbył się w tajemnicy późną nocą, gdzie modelami były wschodzące gwiazdy showbiznesu, drugi za dnia jako prawowity pokaz marki. Tematem przewodnim była karciana królowa kier. Po raz kolejny włoski duet zdobył niejedno serce. Na koniec MFW odbył się pokaz Versace, połączony z hołdem w 20 rocznicę śmierci Gianniego –założyciela marki, brata obecnej dyrektor kreatywnej, Donatelli. Pokaz był niczym #throwback. Versace za czasów Gianniego. A zwieńczeniem show była obecność top modelek tamtych czasów, Naomi Campbell, Cindy Crawford, Claudii Schiffer, Carli Bruni oraz Heleny Christinsen. Ukłon w stronę przeszłości. Brawo!

A kto zaliczył Mediolan, do Paryża może jechać z lekkim sercem, chociaż to, co do zaoferowania ma ostatni tydzień fashion weeku, przerasta najśmielsze oczekiwania. Paryż – kolebka designu, smaku i dobrego stylu. Tam są najwytrwalsi, to tam wyrabia się kunszt modowy. Sarah Burton dla Alexandra McQueena zdecydowała się na ukłon w stronę natury, wybrała połączenie ziemi z rozkwitaniem. Comme des Garcons po raz kolejny postawiło na fantazyjne, surrealistyczne, wyjęte wprost z dziecięcej wyobraźni przełamane mrokiem tweedu formy. Elie Saab, paryski odpowiednik Ralph&Russo, zaprezentował kolekcję na każdą porę dnia wzorowaną życiem dżungli. Zuhair Murad przywrócił antyczność. Balenciaga wprowadziła platformowe crocsy (po torbach z Ikei nic nie jest w stanie zadziwić). Armia Balmain jako La splendeur Parisienne, monochromatyczność, casual, elegancja. Céline z kolei skupiło emocje na kolekcję – radość, optymizm i siłę życia. Debiut Ramsey-Levi za sterami Chloé przywrócił każdy detal wyróżniający kolekcje jej poprzedników. Anthony Vaccarello przekazał historię YSL poprzez Paryż, a konkretnie najważniejsze miejsce w mieście świateł. Pokaz odbył się pod wieżą Eiffela. Nic więcej oprócz wybiegu, gości usadzonych na trybunach i migających świateł wieży. Kobieta Saint Laurent jest pełna pasji, radości, splendoru, a jej nogi ciągną się do nieba. Urok i szyk YSL.

Siła idącej na przód mody, leczniczy wpływ natury, rękodzieło, a przede wszystkim wodospad pośrodku wybiegu, jednym słowem esencja Chanel. Podmuchy wiatru w specjalnie wybudowanym kanionie wprawiały kapelusze i fantazyjne nici w ruch. Przezroczysty plastik odkrywający delikatność skóry łączył się z czystością wodospadu. Filmowy majstersztyk. Po drugiej stronie Paryża Maria Grazia Churii tworzyła scenerię odbić. Catwalk zamieniony w salę lustrzaną. A pośród szklanych odbić feministyczne komunikaty wyszyte na ikonowych już T-shirtach Diora. Jeans, skóra, casual i demokratyzm, tak różniące się stylem od charakteru domu Dior. Pastelowe Jolies Madames ustąpiły miejsca pewnym siebie kobietom demokratycznego świata, zachowując jednak kobiece tiule. Czas pokaże na ile Churii odejdzie od wizji petite-femme.

Świat mody na czas 26 dni zdominował umysły milionów ludzi z genem fashion. Tym, co zostało zaprezentowane, świat będzie żył przez kolejne sześć miesięcy. Na dłuższą metę w naszych sercach pozostanie widok marynarek z podwyższoną linią barków, debiut Kai Gerber, a co najważniejsze, świadomość, że moda nie zna granic. Nie ma linii wyznaczającej styl, są jedynie podstawy, z których czerpiemy inspirację. Tym właśnie są tygodnie mody na przestrzeni całego roku – inspiracją. Cieszą artystyczną duszę tysiącem różnobarwnych tkanin w ogromie form. Dodajmy rzeczywistości koloru!

Źródła:
1.      N. Phelps, S. Singer, S. Mower, L. Leitch: Spring 2018 Ready-to-Wear shows (www.vogue.com/fashion-shows).

Daria Kałwa
dariakalwa@gmail.com
Zdjęcia: Oliwia Bogdan
25 sierpnia br., kiedy przemoc w stanie Rakhin (Mjanma) wzrosła diametralnie, ponad 480 000 osób uciekło do Koks Badźiar (Bangladesz). Miasto od dziesięcioleci jest schronieniem dla uchodźców z terenów będących obszarem działań zbrojnych, który jest obecnie najdłużej trwającym konfliktem na świecie. Trwający tam spór pomiędzy dyskryminowanymi muzułmanami a buddystami to tylko kropla w morzu walk zalewających państwo.


Mamy do czynienia z największym kryzysem humanitarnym we współczesnym świecie, który ciągle się pogłębia. Brakuje wody, jedzenia, podstawowych środków zapewniających higienę, a obozy dla uchodźców są przepełnione. Mjanmarski Czerwony Krzyż i Bangladeski Czerwony Półksiężyc wraz z międzynarodowym ruchem Czerwonego Krzyża od wielu lat działają na obu obszarach i dzięki swojej pracy ratują ludzkie życie. W działania Czerwonego Krzyża postanowiła włączyć się Fundacja H&M, która przekazała 200 000 dolarów amerykańskich.

Prawdą jest, że pieniądze przekazane przez fundację są katalizatorem poprawy warunków życia i pomogą w walce z kryzysem, jednak pomijając markę H&M, jak często myślimy, że takie zachowania to po prostu świetny chwyt marketingowy... Wiele artykułów powstało na temat tragicznych warunków pracy w bangladeskich szwalniach. Czy ktoś jeszcze pamięta o tragicznym wypadku sprzed lat, kiedy zginęło ponad 1000 osób? „W 2013 r. zawalił się kompleks Rana Plaza na przedmieściach Dhaki, stolicy Bangladeszu. Po tej tragedii największe światowe marki odzieżowe, które przenoszą szycie ubrań do Azji ze względu na niższe koszty produkcji, przekazały w sumie 18,5 mln dol. wsparcia finansowego dla rodzin ofiar” –  możemy przeczytać na portalu www.wyborcza.biz. Pieniądze darowane dla zatarcia poczucia winy. Producenci ubrań, kierując się tylko dążeniem do zysków, nie dbają o warunki pracy, nie wspominając o zarobkach pracowników. Ludzie żyjący tam, gdzie nie wróży się lepszych perspektyw, nie wychylają się ze skargami, ponieważ cieszą się, że mają za co kupić chleb. Najgorzej, kiedy słyszy się o tym jak wykorzystywane są dzieci. Wykonywana przez nich ciężka praca jest jedną z przyczyn patologii w społeczeństwie.

Firmy odzieżowe wciąż zatajają miejsca swojej produkcji. Human Rights Watch, pozarządowa organizacja zajmująca się prawami człowieka, nieraz apelowała w sprawie kontroli w fabrykach. Niestety, komunikaty docierają tylko do garstki społeczeństwa, a my nadal dajemy sobie mydlić oczy. Potrzeba jeszcze dużo pracy, nie tylko ze strony marek odzieżowych. Sami powinniśmy być bardziej zainteresowani. Kiedy chcemy kupić nową parę spodni, nie myślimy o procesie ich powstawania, o tym kto je zrobił, nie wspominając jak nie szanujemy własnych pieniędzy, nie sprawdzając składu na metce. Chociaż może jest nam tak po prostu wygodnie, ponoć „czego oko nie widzi, tego sercu nie żal”.

Źródła:
  1. The H&M Foundation supports Red Cross relief work in Bangladesh and Myanmar (www.about.hm.com/en/media/news/general-2017/);
  2. A. Rozwadowska: Trzy lata po katastrofie Rana Plaza (www.wyborcza.biz/biznes/).

Aleksandra Siążnik
siaznik.a@gmail.com
Zdjęcia: Oliwia Bogdan
Zamach na własne życie, śmierć poniesiona z własnej ręki, samozniszczenie, autodestrukcja ogólnie nazywając – samobójstwo. Jakie są jej objawy? Jaki moment jest odpowiedni, by wyciągnąć pomocną dłoń? Kiedy osoba potrzebuje Twojej pomocy?


Izolacja ze społeczeństwa, traumatyczne wydarzenia z przeszłości, śmierć bliskiej osoby, nagła zmiana zachowania, wycofanie się z rozmów, przesiadywanie w domu i zamykanie się w sobie, intensywne napięcie stresu, presja znajomych oraz rodziców, wstyd przed odmiennością, bezcelowość, bezradność, utrata sensu życia, brak sił witalnych do życia, poczucie uwięzienia. Bardzo długo można  tak jeszcze wymieniać.

Jeśliby skonfrontować tytuł z powyższym wstępem, przypadkowy przechodzień mógłby stwierdzić, że te objawy  nie są oznakami depresji, a opisany wyżej stres nie jestem takim stresem, do którego pasuje człowiek określony etykietą „chory”. Jedno do drugiego nie pasuje. Co z tego, że ktoś powie, że dana osoba izoluje się od przyjaciół i zamyka się w sobie, przecież to nie oznacza, że jest psychicznie chora. Można to szybko naprawić i po prostu zabrać taką osobę chociażby na spacer lub do kina. Ale czy to pomoże? Czy to sprawi, ze poczuje się lepiej czy może wrażenie, że ktoś się nim zainteresował nie będzie jednak chwilowo złudne, bo po spacerze ta osoba znowu wróci do swojego łóżka i jednak wróci do swojej ulubionej „bajki” jaką są myśli samobójcze? Najczęściej chcemy dobrze, ale nie wiemy jak pomóc.

Czasem Twój najbliższy kumpel, z którym dawno nie wymieniałeś doświadczeń życia we wspólnej rozmowie na cotygodniowym piwie wspomina o czymś odmiennym, szarym, mrocznym; czymś, co nigdy wcześniej nie miało u niego miejsca. Opowiada Ci o tym, że jego zachowanie w pewnym momencie życia nagle się zmieniło, że nie chce mu się rozmawiać z ludźmi na uczelni, że wszystko go irytuje do takiego stopnia, że zamyka się popołudniami w domu i nie ma ochoty na widok nikogo, że całymi dniami leży pod kołdrą, nie cieszy się, że świeci słońce, że stresuje się jak musi coś załatwić i zwyczajne sprawy, które zwykle nie sprawiają nikomu problemu stresują go jak pierwszy raz za kółkiem lub pierwszy egzamin na studiach. A Ty? Zamiast mu pomóc, mówisz mu „Stary, nie wydziwiaj! Pewnie jesteś przemęczony i zestresowany przed zbliżającą się pierwszą randką z Kaśką! Nic Ci nie będzie, ogarniesz się i pozbierasz i będzie jak dawniej! Nie ma się co martwić!” I klepiesz go po ramieniu, jak zawsze, naturalnie, na luzie, jakby nic  na świecie się nie zmieniło i wszystko nadal układało się w naturalnym, boskim porządku.
A tak na prawdę bagatelizujemy to, nie zwracamy uwagi na to, co druga osoba mówi, bo od momentu, gdy otworzy usta już mamy wyrobioną opinie, że to niemożliwe „na pewno wymyśla i nic mu nie jest!”. A dlaczego to lekceważymy? Bo boimy się tego, obawiamy się, że nie będziemy zdolni do pomocy drugiej osobie i dlatego wolimy odpowiedzieć w wyśmiewczej formie , kończąc temat jakimś banalnym żartem.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) w swoim pierwszym raporcie poświęconym wyłącznie kwestii samobójstw z 2014 roku –Preventing Suicide. A global imperative  – przedstawia zatrważające statystyki: co 40 sekund gdzieś na świecie ktoś popełnia samobójstwo.

Czas ten w 2020 roku ma się skrócić do 22 sekund, a liczba osób próbujących popełnić samobójstwo – wzrosnąć 10-20 krotnie. W roku 2001 liczby ofiar samobójstw były większe nawet od ofiar przemocy czy też wojen. W większości krajów europejskich roczna liczba ofiar samobójstw jest większa niż ofiar wypadków samochodowych. Szczególną uwagę przykuwają dane dotyczące samobójstw najmłodszych. Według WHO samobójstwo stało się drugą najczęstszą przyczyną śmierci wśród osób w wieku 15-29 lat. Według WHO, jeden na pięciu przyznaje, że ma myśli samobójcze.

Psychoneuroimmunologia. Dość trudne słowo. Wiecie co to jest? Ja też nie wiedziałam, dowiedziałam się dopiero niedawno. Czym zajmuje się konkretnie ta dziedzina? Jest to połączenie ze sobą układu nerwowego, dokrewnego i immunologicznego.
Hormony produkowane przez układ dokrewny mają zdolność do przekazywania informacji z układu nerwowego do układu immunologicznego każdego człowieka. Proces ten umożliwia sprawne funkcjonowanie organizmu oraz przekazywanie informacji i wszelkich zmian w nim zachodzących. W procesie tym bardzo ważną rolę odgrywa także psychika człowieka, która ma wpływ na rozwój np. niektórych chorób o podłożu psychosomatycznym.
Tłumacząc na język łatwiejszy, niemedyczny, gdyby nie pewna dziedzina zwana psychoneuroimmunologią, nie umielibyśmy sobie wytłumaczyć w jaki sposób człowiek funkcjonuje.

Myślę, że temat psychiki człowieka jest  tematem tabu w Polsce. Jeśli ktoś ma w naszej grupie znajomych problemy psychiczne jest to niejako nazywane obciachem, wstydem, odmiennością. Takie nastawienie jest bardzo popularne – szczególnie wśród młodych ludzi. Po przyswojeniu niektórych źródeł medycznych, artykułów naukowych stworzonych wcześniej przez profesjonalnych psychiatrów w Polsce dowiedziałam się jak bardzo  i psychika człowieka jest połączona z ciałem; jak wiele czynników, na które na co dzień nie zwracamy uwagi wpływa na nasze ogólne samopoczucie w ciągu dnia. Źródła poruszają często kwestie banalne jak dużo uśmiechu w ciągu dnia, posiadanie pasji czy sporo mocnego snu, ale też kwestie, nad którymi nie skupiamy uwagi jak na przykład zdrowe odżywianie. Nieodpowiednie jedzenie może być jednym z czynników, które prowadzą do zapadnięcia w depresję.

Biorąc pod lupę tematy związane z psychicznymi problemami ludzi oraz wertując stronice przeróżnych stron internetowych zatrzymałam się nad tytułem amerykańskiego filmu  Całkiem zabawna historia. Na pierwszy rzut oka sam tytuł i krótki opis filmu wydają się zapowiadać dość pozytywny i luźny film o nastolatku, który przechodzi zwykłe załamanie, dokładnie takie, które co drugi z nas przynajmniej raz przeżył. Skądże kochani,nie jest to film do poduszki i ciepłej herbatki z sokiem malinowym. Jest to interesujący, a zarazem mocny film ukazujący problemy dojrzewania i przerostu ambicji na zaletami życia.. Ryan Fleck pokazuje historię całkiem szczęśliwego chłopaka, którego przytłoczyło życie i własne ambicje. Główny bohater Craig Gilner założył sobie cel – dostać się do prestiżowego liceum, gwarantującego późniejszą pewną i dobrze płatną pracę. Wydawałoby się, że to normalne, każdy z nas sobie tak planuje. Jednak cel, który sobie obrał Craig okazał się czymś co go przytłoczyło. Chłopak nie udźwignął presji otoczenia i po nieudanej próbie samobójczej trafił na oddział psychiatryczny, na który zgłosił się dobrowolnie. W szpitalu odnalazł siebie wśród tych, którzy stracili zmysły. Podczas jednej z rozmów ze swoim psychiatrą Gilner spytany o przyczyny zgłoszenia się do psychiatryka zaczął wymieniać powody, którymi mógłby się śmiało pochwalić co drugi zdrowy człowiek spotkany na ulicy. Chłopak wspomina dzieciństwo, gdy wiódł beztroskie życie wśród przyjaciół, blasku słońca oraz pysznej pizzy na Brooklynie– twierdzi, ze wtedy miał życie, które kochał. Lecz teraz w jednym momencie, ze szczęścia, które miał, pozostał tylko pyłek. Zapytany o przyczynę odpowiedział, że piętrzona przez pewien czas irytacja spowodowała, że błahe dotychczas sprawy (jak np. presja ze strony rodziców, dziura ozonowa, wyścig szczurów po najlepsze wyniki w szkole) stawały się dla niego problemami nie do przejścia. Nastolatek więc targnął się na swoje życie i tak właśnie skończył na oddziale dla dorosłych w szpitalu dla psychicznie chorych ludzi. Jednak po przejściu wszystkich pokoi uświadomił sobie, że ludzie w tym szpitalu są naprawdę chorzy, nie tak jak on. On zgłaszając się dobrowolnie do szpitala popełnił błąd; podjął egoistyczną decyzję, której nie podjąłby nikt leczący się w tamtym szpitalu . Ci, którzy zostali przydzieleni do takiego oddziału nie trafiali tam ochotniczo, lecz z przymusu i nakazu wcześniej odwiedzonego lekarza. Wielu pacjentów tego oddziału oddałoby wiele za tak dobrą, ciepłą i pełną rodzinę jaką miał Craig Gilner Za młodość, którą mógł jeszcze  dobrze wykorzystać czy chociażby możliwość rozwijania się w prestiżowej szkole. Dlatego jak mówi tytuł filmu Całkiem zabawna historia, główny bohater miał całkiem szczęśliwe i udane życie, ale  brak mu było wiary w siebie i samozaparcia. O tych wartościach zdał sobie sprawę dopiero po wyjściu ze szpitala, to tam na oddziale wśród ludzi poważnie chorych, schizofreników, socjopatów dotarło do niego, że tak naprawdę ma on wszystko przy sobie: ładne dziewczyny, dobrych przyjaciół, kochająca rodzinę i ma co doceniać; za co kochać swoje życie .

Historia Craiga Gilnera urzekła mnie swoim prostolinijnym scenariuszem. Nie jest to jednak wada reżysera, ponieważ proste opowieści trafiają do wnętrza odbiorcy, a właśnie ta opowieść trafiła do mnie aż zanadto. Wytłumaczyła mi wiele rzeczy zarówno w kwestii służbowej jak i prywatnej. Nie zawsze możemy naprawić, zmienić, udobruchać drugiego i zrealizować to co chcemy, wpłynąć na coś, na co tak naprawdę nie mamy wpływu. Mimo że z całych swoich sił chcielibyśmy zmienić cały świat, bardzo często nie jest to po prostu możliwe. Dlatego artykuł zakończmy prostym, urzekającym, dowcipnym, ale również mądrym cytatem, takim jak tytułowa całkiem zabawna historia.

„Boże daj mi siłę bym zmieniał to, co mogę zmienić, daj odwagę, bym akceptował to, czego nie zmienię i daj mi mądrość, bym potrafił odróżniać jedno od drugiego.”

Patrycja Adarczyk
patrycja.adarczyk@gmail.com

Całkiem zabawna historia

/ 02 listopada
Zamach na własne życie, śmierć poniesiona z własnej ręki, samozniszczenie, autodestrukcja ogólnie nazywając – samobójstwo. Jakie są jej obj...
Od 10 czerwca do 15 października w Muzeum Historii Katowic mogliśmy zwiedzać wystawę prac Zdzisława Beksińskiego – jednego z najwybitniejszych malarzy XX wieku. Odwiedzający mieli okazję podziwiać jego obrazy i rysunki oraz przejrzeć korespondencję artysty.


Wszystkie jego prace zostały sprowadzone z Muzeum Historycznego w Sanoku, Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu oraz Zespołu Szkół Plastycznych w Rzeszowie. Uczestnicy wystawy, mogli podziwiać dzieła z różnych etapów jego twórczości. W latach 50. artysta zajmował się fotografią, tworzył również rzeźby. Jedna z nich – zatytułowana Postać klęcząca, wydawała się być kluczowym elementem wystawy, nie tylko ze względu na swoją imponującą wysokość (160 cm), ale również z powodu tego, że była jedyną rzeźbą na wystawie – zaskakującą, pobudzającą wyobraźnię. W kolejnej dekadzie interesował się rysunkiem, grafiką i malarstwem, natomiast dopiero w ostatnim dziesięcioleciu zaczął swoją przygodę z grafiką komputerową, której efekty mogliśmy podziwiać w Katowicach.

Na wystawie znalazły się czarno-białe fotografie, przedstawiające postacie ludzkie w dziwnych, odrobinę przerażających, pozycjach. Jedno ze zdjęć ukazuje nagą żonę malarza owiniętą sznurami, kolejne przedstawia ją z wydartą twarzą – fotografie zaskakujące, przełamujące konwencje, były jego wyznacznikiem. Rysunki artysty są odważne, pełne erotyzmu, czy wręcz sadyzmu. Większą część ekspozycji poświęcono obrazom – charakteryzującymi się stylem barokowym, licznymi symbolami, elementami grozy, mistycyzmem czy gotykiem. Na wystawie zaprezentowano też liczną korespondencję Beksińskiego z Henrykiem Wańkiem (długoletnim przyjacielem artysty), która przybliża nam postać Zdzisława Beksińskiego – człowieka żartobliwego, przyjacielskiego, pozwala go bliżej poznać.

Wystawa była obszerna, niestety nie znalazły się na niej najbardziej znane obrazy Beksińskiego, które pozostały w Nowohuckim Centrum Kultury w Krakowie oraz w Muzeum Historycznym w Sanoku. Na zakończenie ekspozycji można było wpisać się do wystawionej przed wejściem księgi gości. Przecież chwile obcowania ze sztuką, która pobudza każdą cząstkę naszej wyobraźni, zasługują na zachowanie ich na papierze.

Karolina Trela
karolinaa.trela@gmail.com
Zdjęcie: Karolina Trela
Za oknami jesień. Może nie jest ani piękna, ani tym bardziej złota, jednak jak każda pora roku ma swoje wady oraz zalety. To właśnie jesienią modne swetry czy płaszcze zakrywają nasze niedoskonałości. Wadą natomiast jest, że nadprogramowe kilogramy po lecie wracają niczym bumerang. Dlatego też trenerzy fitness wychodzą nam naprzeciw. Organizują dodatkowe obozy sportowe czy wydarzenia w mediach społecznościowych, które mają nas zmobilizować, aby endorfiny pomogły nam przetrwać podczas tych zimnych, szarych i ponurych dni. 


Koniec lata oznacza dla naszych figur zmianę rozmiaru na większy. Ale jak tu się nie skusić na lody o smaku waniliowym albo na gofry z bitą śmietaną. Grzech nie spróbować. Jednak nasze wakacyjne grzeszki szybko o sobie przypominają. Jeansy nie leżą już tak, jak leżały jeszcze kilka miesięcy temu, a swetry tylko trochę zakrywają nasze ukochane „boczki”. Postanowienia o aktywności fizycznej minimum 3 razy w tygodniu idą w zapomnienie, ponieważ aura jesienna bardziej sprzyja wypiciu ciepłej herbaty w ulubionym fotelu niż spędzeniu morderczej godziny się na siłowni.
Także rodzinne i okolicznościowe okazje nie pomagają w zrzuceniu zbędnych kilogramów. Urodziny wujka Józka są tylko raz w roku, a ciocia Grażynka upiekła pyszne ciasto. Grzech nie spróbować. Święta Wielkanocne bez baby? Skądże, przecież kawałek nie zaszkodzi. Majówka bez czerwonego wina i ciasteczek czekoladowych? Chyba jeszcze nie zwariowałem! Lato bez lodów – nie do zaakceptowania. Jak nic jesteśmy mistrzami w wymówkach. Jak mówi mój tata: „szanujący się Polak obchodzi każdą nadarzającą się okazję”. A więc imieniny, urodziny, święta czy majówkę. Ciasto zjeść trzeba!

Fit czy kit?
Niby co roku marzymy o pięknej, szczupłej sylwetce. Jednak u wielu z nas na marzeniach się kończy. Postanowienia, które mieliśmy na początku roku, odchodzą w zapomnienie, a jesienne rytuały biorą górę nad naszymi zdrowym rozsądkiem. Chociaż siłownia została opłacona, nasza karta wstępu leży na dnie szuflady. Łudzimy się, że picie wody oraz banan na drugie śniadanie pomogą, bo przecież najważniejsze w diecie to odpowiednie odżywianie.
Bycie fit to ostatnio nie tylko szczupła sylwetka i sześciopak na brzuchu, ale także nowy styl życia. Wśród społeczeństwa, które coraz częściej stara się być aktywne fizycznie, panuje przekonanie, że albo jesteśmy w stu procentach fit, albo nie funkcjonujemy wcale.
Stoimy zatem po dwóch stronach barykady. Jesteśmy jak żuk czy maluch. Jedni wielcy i olbrzymi, drudzy mali i drobni. Nie chcemy być pośrodku. Przecież albo jedno, albo drugie. Zero półśrodków. Zero szarości. Albo białe albo czarne. Czy osoby, które wyłamują się z standardu, są gorsze? Może po prostu nie gonią za idealną sylwetką. Cenią sobie, że ćwiczą, starają się jeść zdrowo, a kiedy chcą, to pozwolą sobie na lody waniliowe z syropem czekoladowym. Dlaczego mamy być zerojedynkowi?


Kobiety czy mężczyźni?
Sama nie wiem, dlaczego, ale mam wrażenie, że mężczyźni mają więcej samodyscypliny. Kiedy mówią, że pójdą na siłownię, to idą. Nie sugerują się tym, że kolega w ostatnim momencie nie może pójść. Ani tym, że pogoda jakaś nie taka. Nie zwracają aż takiej uwagi na to, jak na tej siłowni wyglądają. Po prostu ćwiczą. Niestety, muszę przyznać, że panowie mają więcej samozaparcia. U dziewczyn każde wyjście na siłownię to godzinne przygotowania. Strój musi odpowiedni być, fryzura spięta, ale ułożona, makijaż – no, może bez podkładu, ale rzęsy i brwi muszą być podkreślone, inaczej prawdopodobnie wyglądamy niekorzystnie. Jak koleżanka nie może z nami pójść, to zastanawiamy się, co same tam będziemy robić (podpowiem – ćwiczyć), jeśli pogoda nie jest sprzyjająca do ćwiczeń, to przesuwamy wyjście na siłownię na inny dzień. U nas, Drogie Panie, jakoś szybciej przychodzą nadprogramowe kilogramy i jakoś dłużej niż panowie się z nimi rozstajemy. Jest w nas coś takiego, że dopiero jak jesteśmy pod ścianą, to zaczynamy robić te rzeczy, które za długo leżały i czekały, aż się nimi zajmiemy.

Medialny fejm czy głupota ludzka?
Siłownia pięć razy w tygodniu, pudełkowe jedzenie, butelka wody oraz owoc zawsze przy sobie. Dzień zaczynamy od włączenia Endomondo i przebiegnięcia dziesięciu kilometrów oraz pochwalenia się tym na Facebooku. Nasi znajomi muszą przecież wiedzieć, że dzień zaczęliśmy z wysokiego „C”. Dlaczego aż tak bardzo zależy nam na byciu fit? Czy to dalej zdrowy styl życia, czy może już obsesja związana z wyidealizowanym życiem? Czy naprawdę już nie możemy pozwolić sobie latem na lody waniliowe z syropem czekoladowym? Czy wypicie jednego piwa w sobotni wieczór jest najgorszym grzechem w dziejach ludzkości? Kiedy z ludzi aktywnych fizycznie staliśmy się fanatykami radykalnych rozwiązań zarówno zdrowotnych, jak i kulinarnych? Czy aktywność fizyczna nie może być przyjemnością tylko obowiązkiem? Jak daleko jeszcze będziemy podporządkowywać zdrowy rozsądek zasadom rynku?

Kiedyś piłka nożna albo siatkówka w gronie znajomych była normalnością, a rolki czy rower miłym akcentem spędzania wolnego dnia. Kiedy z ludzi lubiących sport zmieniliśmy się w ludzi zakochanych w świcie komputerów, smartfonów czy laptopów? Czy każde wyjście na rower to już instagramowe story, bez którego trudno jest się obyć? Czy na pewno tak chcemy żyć? W świecie nierealnym, nieprawdziwym i wyidealizowanym?

Dagmara Krok

dagmarakrok94@gmail.com

Albo chudo, albo wcale

/ 02 listopada
Za oknami jesień. Może nie jest ani piękna, ani tym bardziej złota, jednak jak każda pora roku ma swoje wady oraz zalety. To właśnie jesien...

Stres powinien nas motywować do działania, stanowić jedno z narzędzi do osiągania różnych celów życiowych, zawodowych itp. Tymczasem determinuje dążenia, zasłania sedno starań, niszczy nasze plany. Niejednokrotnie unieszkodliwia człowieka na dobre.  Dlaczego czynnik wspomagający stał się destrukcyjnym?


Kiedyś dobry, pozytywny stres (eustres) był krótkotrwałym stanem, pozwalającym pokonywać przeszkody dnia codziennego, realizować swoje zamierzenia. Podkręcał na chwilę nasze ciało, żebyśmy mogli dać z siebie wszystko i coś osiągnąć. Nie powodował on zmian patologicznych, chorobowych w naszym organizmie. Podobno eustres istnieje do dziś. Podobno. Ale chowa się przy swoim mrocznym alter ego, dystresie.
Niewątpliwie stres długotrwały, negatywny (dystres) zawładnął naszym życiem. Widać to w codziennej rutynie, na ulicy, w sklepie, w pracy i w szkole. Ludzie nerwowo przemieszczają się między tymi miejscami, a zafrasowanie nie znika z ich twarzy. W głowach kotłują się miliony niespokojnych myśli, bo trzeba to, musimy tamto, a Boże broń, żeby zapomnieć o tym, bo. Także statystyki pokazują, że stres rządzi. Mamy mnóstwo zestawień oscylujących wokół tej kwestii: traktujących o najbardziej nerwowych zawodach; o tym, co najczęściej spędza nam sen z powiek; jak bardzo podniósł się poziom stresu w ciągu ostatnich lat w różnych grupach zawodowych; w jakie choroby psychiczne można popaść, będąc pod wpływem długotrwałego stresu itp. Najbardziej drastyczny fakt, iż ciągle rośnie liczba samobójstw, również daje do myślenia.

Stres od najmłodszych lat
W przeszłości najmłodszych starano się bronić od czynników powodujących napięcie najdłużej, jak to było możliwe. Starano się nie zabierać im dzieciństwa. Rodzice nie rozmawiali przy dzieciach o swoich kłopotach, starali się, żeby potomkowie nie byli ich świadomi. Pozwalano na zabawy oraz beztroskę. A jak to wygląda dzisiaj?
Przedszkola, które oferują dwulatkom naukę nawet dwóch języków obcych naraz. Posyłanie coraz młodszych pociech do szkół. Zapisywanie na kilkoro zajęć pozalekcyjnych, bo dzieciak musi być najlepszy. Już w szkole pojawia się stres, związany choćby z koniecznością przyswajania sporej ilości wiedzy z wielu różnych dziedzin w stosunkowo krótkim czasie. Brakuje czasu na odpoczynek, rekreację. Ogromną wagę przywiązuje się do ocen, które o niczym za bardzo nie świadczą, ale decydują o wszystkim. Coraz trudniej także zdobyć akceptację rówieśników, co dla młodych ludzi ma kolosalne znaczenie. Dzieci mają coraz więcej na głowie, a z tym wiąże się wiele przykrych konsekwencji. Poczynając od niechęci do uczęszczania do szkoły, zdobywania wiedzy, przez przykre dolegliwości natury fizycznej, jak bóle głowy, dolegliwości żołądkowe, do problemów o podłożu psychicznym, jak niska samoocena, depresja, agresja.
A to dopiero początek.

Wymagania rosną, odporność psychiczna maleje
Im dalej w dorosłość, tym trudniej. Pojawiają się coraz to nowsze czynniki powodujące nerwowość. Egzaminy, nowa szkoła, matura, studia, a także problemy związane z dorastaniem. Młody człowiek coraz częściej musi mierzyć się z krytyką i ocenianiem przez otoczenie. Od najmłodszych lat sukcesywnie rośnie presja. Trzeba się uczyć, żeby dobrze zdać egzamin. Trzeba iść do dobrej szkoły, żeby zapewnić sobie godną przyszłość. Pojawiają się coraz większe wymagania, którym młodzież nie zawsze jest w stanie sprostać. Nie ma czasu na bycie młodym, błędy, odpoczynek, spełnianie marzeń. Trzeba być najlepszym we wszystkim, bo inaczej nie odniesie się sukcesu. Coraz częściej mamy do czynienia z chorym wyścigiem szczurów od przedszkola. Nie dziwi więc, że w tym czasie uczniowie nierzadko odczuwają chęć ucieczki, zapomnienia. Mierzenie się ze stresem zaczyna po prostu przerastać, pragnie się odczuć choćby chwilową ulgę. Wzrasta ryzyko popadnięcia w nałogi. Coraz młodsze osoby sięgają po różnego rodzaju używki. Papierosy, alkohol, narkotyki, czy popularne ostatnio dopalacze, to nie jedyny problem. Mamy do czynienia z zaburzeniami zdrowia fizycznego i psychicznego, które dotykają coraz młodszych. Według naukowców można zauważyć tendencję wzrostową tych smutnych zjawisk. Przykładowo, w ciągu dziesięciu ostatnich lat odnotowano wzrost liczby małoletnich pacjentów w całodobowych szpitalach psychiatrycznych i odwykowych z 8,8 do 9,5 tysięcy. Co gorsza, statystki ujawniają, że rośnie liczba prób samobójczych wśród nieletnich. Coraz częściej w przestrzeni medialnej pojawiają się artykuły, dyskusje, badania podnoszące tę przerażającą kwestię. Problem istnieje, a ludzie zadają sobie pytanie, co takiego musi przeżywać młoda osoba, że decyduje się na tak straszny krok?

Nerwy powodem większości chorób i tragedii
Dystres dotyka wszystkich, niezależnie od wieku. Powoduje wiele chorób i dolegliwości fizycznych. Przede wszystkim stanowi przyczynę zaburzeń układu krążenia i chorób serca.  Długotrwały niepokój znacząco wpływa na nasze funkcjonowanie. Chroniczne zmęczenie, niezależnie od długości snu, bezsenność lub nadmierna senność, narastająca frustracja i złe samopoczucie obniżają jakość życia.  Ukazują się nowe badania udowadniające, że takie napięcie leży u podstawy niektórych nowotworów.  Zespół jelita drażliwego czy egzema, jakkolwiek nie zagrażające zdrowiu i życiu, wpływają na pogorszenie jakości życia i przyczyniają się nawet do wystąpienia depresji. A bardzo często są pochodną długotrwałego stresu. Dystres bywa źródłem zaburzeń odżywiania. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.
Ciągła nerwówka prowadzi również do dysfunkcji i chorób psychicznych. Najpopularniejsze w tym rankingu są oczywiście depresje, na które cierpi 1,5 mln ludzi w Polsce. Rośnie liczba nerwic. Szacuje się, że występują u 20 -  25 % społeczeństwa w naszym kraju.
Przypuszcza się, że nerwy to jeden z czynników wywołujących m.in. schizofrenię.
Badania statystyczne pokazują, że często zwolnienia chorobowe brane są  z powodu stresu. Ponadto są dłuższe niż L4 brane  z innych względów zdrowotnych.
Najgorsze jednak są nieszczęścia, których sprawcami są ludzie cierpiący na chroniczny stres. Słyszymy o zdesperowanych, sfrustrowanych osobach, które dokonują strasznych czynów. Warto przytoczyć przykład Teresy B., która poddana działaniu przewlekłego, ciągłego stanu napięcia i zagrożenia (w tym wypadku spowodowanego znęcaniem się nad rodziną przez męża), próbowała otruć swoje dzieci i popełnić samobójstwo. Cała historia zresztą stanowi kanwę szeroko komentowanego „Placu Zbawiciela”.
Skoro nagrywają już o filmy na ten temat, to zdecydowanie coś musi być na rzeczy.
To głośny przypadek, ale nie jedyny. Wypadki, w których głowa rodziny usiłuje zabić, lub zabija najbliższych choćby z powodu bankructwa bynajmniej nie są aż tak bardzo rzadkie. Człowiek poddawany takiej dawce niepokoju może posunąć się do nieobliczalnych czynów.

Czy świat zwariował?
Naukowcy wiążą fakt dominującego nad wszystkim dystresu z rozwojem cywilizacyjnym, który pędzi na łeb, na szyję. Ludzie nie są w stanie się przystosować do świata zmieniającego się w szaleńczym tempie. Kiedyś postęp następował wolniej, stopniowo, przyszłość była bardziej przewidywalna. Wynikało z tego pewne poczucie bezpieczeństwa, równowagi. Człowiek był w stanie sprostać wyzwaniom, jakie miał przed sobą.
Dzisiaj nie mamy już takiego komfortu. Nie mamy możliwości opuszczenia gardy i wzięcia oddechu, bo postęp nie zwalnia ani na sekundę. Atakuje z każdej strony. Musimy się dostosowywać do coraz nowszych warunków i nawet nie zdążymy się w nich zaaklimatyzować, bo one już są nieaktualne. Dlatego jesteśmy ciągle zmobilizowani, spięci, gotowi do walki. Nie ma mowy o pozytywnym, krótkotrwałym stresie, który kiedyś pomagał adaptować i zmierzyć si ę z czymś, motywował do działania. Źródłem nerwów jest dziś niemalże wszystko, żyjemy w permanentnym stanie gotowości. To już nie jest motywator ani bodziec do działania, ale nowe bóstwo, któremu wszyscy oddajemy cześć. Tylko co dostajemy w zamian? Utrzymujemy siebie w ciągłej gotowości, co jest opłakane w skutkach dla naszego zdrowia i życia. Dzisiaj osiągnięte cele, sukcesy idą w parze z chorobą wrzodową żołądka albo nerwicą natręctw. A trzeba coraz szybciej, coraz więcej i bez ustanku. Wpisując w wyszukiwarkę internetową hasło „stres”, znajdziemy miliony artykułów, badań, statystyk, od których może zakręcić się w głowie, a które dość jednoznacznie ukazują, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Więcej chorób, więcej samobójstw, frustracji, znerwicowania. Dokąd to wszystko zmierza? Co można z tym zrobić?

Justyna Kania
marie.kramer@onet.pl

Źródła
1. K. Tokarski: Stres – dawny przyjaciel, obecny zabójca (www.medonet.pl/magazyny/stres-i-zmeczenie,stres---dawny-przyjaciel--obecny-zabojca);
2. Redakcja Medonet Onet: Smutek, rozpacz, śmierć w statystykach (www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,350-mln-osob-choruje-na-depresje--statystyka);
3. Informacja prasowa Żarówka PR i Marketing: Dziecko z (de)presją (www.psychiatria.pl/artykul/dziecko-z-de-presja/);
4. Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia Pracy: Fakty i dane liczbowe na temat stresu i zagrożeń psychospołecznych (hw2014.osha.europa.eu/pl/stress-and-psychosocial-risks/facts-and-figures);
5. Polityka.pl: 10 statystyk, które pokazują druzgocący wpływ stresu na nasze zdrowie (www.polityka.pl/galerie/1685330,10,10-statystyk-ktore-pokazuja-druzgocacy-wplyw-stresu-na-nasze-zdrowie);
6. D. Krupińska – Ziętkowska: Coraz więcej chorych na zaburzenia psychiczne (https://portal.abczdrowie.pl/coraz-wiecej-chorych-odczuwa-zaburzenia-psychiczne)
7. B. Jaros: Coraz więcej samobójstw wśród nieletnich w Polsce (www.fakt.pl/wydarzenia/polska/coraz-wiecej-samobojstw-wsrod-nieletnich-w-polsce/);
8. M. Lizut: Jowita Budnik (www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/);
9.  A. Szozda: Stres pozytywny (https://stres.jaksobieradzic.pl/artykuly-o-stresie/wszystko-o-stresie/o-stresie/stres-pozytywny).

Nowe oblicze stresu

/ 28 października
Stres powinien nas motywować do działania, stanowić jedno z narzędzi do osiągania różnych celów życiowych, zawodowych itp. Tymczasem deter...

– Popatrz tam. To Wojciech Kilar – usłyszałam dobrych kilka lat temu w kościele na Brynowie.


To wspomnienie jest z pewnością lepszym początkiem niż wpisanie w wyszukiwarkę frazy: „Kilar w rocznicę urodzin. Katowice 2017”.Obecnie media rozpisują się o rzekomym skandalu związanym z minionym koncertem w Spodku.

Wojciech Kilar był wybitnym artystą komponującym utwory orkiestrowe, kameralne, wokalno-instrumentalne i fortepianowe, a także muzykę filmową. Przyczynił się do powstania polskiej szkoły awangardowej. Na świecie znany jest ze swojej muzyki filmowej, skomponował ją do ponad 150 obrazów. Współpracował z najlepszymi reżyserami m.in. z Jane Campion, Francisem Fordem Coppolą, Romanem Polańskim, Andrzejem Wajdą i Krzysztofem Kieślowskim. Tak można w kilku zdaniach opisać tę postać.

Kompozytor bardzo często podkreślał swoje przywiązanie do Śląska. Mieszkał z żoną Barbarą w niedużym, niewyróżniającym się domu na Brynowie. To właśnie tam powstawały jego najlepsze kompozycje. Parafii pw. Najświętszych Imion Jezusa i Maryi w Katowicach-Brynowie ufundował dzwony, przez wiele lat przyjaźnił się także z jej proboszczem, księdzem kanonikiem Adolfem Kocurkiem. Zawsze bardzo ciepło wypowiadał się o Katowicach: „Katowice dały mi wszystko co wspaniałe: poważne środowisko muzyczne, wspaniałą szkołę, wspaniałych kolegów, wspaniałych profesorów, wspaniałą żonę, którą tutaj poznałem, wspaniały śląski Kościół, śląski etos pracy i spokój do pracy”. „Nigdy nie potrafię powiedzieć, dlaczego mieszkam w Katowicach, a nie w Warszawie, w Paryżu czy w Los Angeles. Ja ten Śląsk po prostu lubię, dobrze się tu czuję. Myślę, że jeśli nawet rześkie, śląskie powietrze spowoduje, że umrę wcześniej, to chyba umrę zdrowszy duchowo i  psychicznie”.

Otwarcie mówił i o swojej wierze, i o poglądach politycznych. W 2005 roku poparł kandydaturę Lecha Kaczyńskiego na prezydenta, a w kolejnych latach nazywał się sierotą po PIS-ie. Była to niezwykle oryginalna osobowość. Religijność potrafił pogodzić ze słabością do rzeczy luksusowych. Lubił czasem kupić skarpetki za 200 zł, a ulubionej muzyki szedł słuchać do swojego samochodu, gdzie miał lepsze nagłośnienie niż w domu. Nasze pokolenie kojarzy go jednak przede wszystkim z poloneza z Pana Tadeusza.

Życie Wojciecha Kilara inspirowało i inspiruje wielu ludzi ze świata muzyki, filmu oraz nas samych – Ślązaków. Naprawdę warto pamiętać o ludziach, dzięki którym o Katowicach mówi się dobrze. Dlatego szczerze zachęcam was do przejrzenia, przekartkowania po studencku, a może nawet w ostateczności do przeczytania biografii Kilar. Geniusz o dwóch twarzach, to tam znajdziecie więcej anegdot i ciekawostek, do których tło stanowią wypowiedzi innych wybitnych artystów, w tym najlepszych reżyserów od Kazimierza Kutza począwszy przez Krzysztofa Zanussiego aż do Andrzeja Wajdy.

Pewnie zastanawiacie się dlaczego postanowiłam napisać akurat o Wojciechu Kilarze. Chodzi o to, by przypomnieć jak znanym i cenionym jest twórcą . Przy okazji można się też zastanowić nad smutną istotą funkcjonowania mediów w Polsce, które z tak pięknego wydarzenia jak miniony koncert, przekazują jedynie informacje o organizacyjnym zamieszaniu. Tymczasem o samym Kilarze mówić warto, bo był nie tylko genialnym muzykiem, ale i wspaniałym człowiekiem.

Wojciech Kilar - Orawa na 15 instrumentów smyczkowych



Karolina Sołtysek
karolina.soltysek@outlook.com

Źródła:
  1. K. Podobińska, L. Polony: Cieszę się darem życia. Rozmowy z Wojciechem Kilarem. Kraków 1997.

Kilar w rocznicę urodzin

/ 28 października
– Popatrz tam. To Wojciech Kilar – usłyszałam dobrych kilka lat temu w kościele na Brynowie. To wspomnienie jest z pewnością lepszym...
Damska torebka. To temat bardzo obszerny. Pełni ona funkcję przechowywania drobnych przedmiotów osobistych. Ale co jeszcze w sobie kryje, to każda dama o tym wie.
Jej zawartość. Kobiece wnętrze. Czy na pewno odzwierciedla osobowość, styl życia, zainteresowania czy pasje?


Niewątpliwie, torebka jest ważnym elementem damskiej garderoby. Jest ona znienawidzona przez mężczyzn, szczególnie, gdy spieszy się im, a szukają dokumentów lub kluczyków do samochodu, które leżą gdzieś na dnie torebki.

Często słyszymy, że jest to worek bez dna, nigdy nie możemy znaleźć tego, czego w danej chwili szukamy albo, że panuje w niej istny bałagan. Wnętrze każdej torebki jest inne. To tak jak z kobietami, każda z nich jest wersją limitowaną. Są takie przedmioty, które zawsze powinno się mieć przy sobie, ale są  i takie, które zupełnie do niczego się nie przydają, lecz trudno ich się pozbyć. Ciekawe dlaczego? Najczęściej są to szminki o pięciu różnych kolorach, każda na inną okazję, a przecież kobieta nie może przewidzieć całego dnia. Flakonik ulubionych perfum – no cóż, zostało troszeczkę, ale nie może się z nimi rozstać. Kosmetyki do poprawy makijażu, by była zawsze olśniewająco piękna oraz zestaw kilku długopisów na wypadek, gdyby któryś przestał pisać, a ona zapisywałaby jego numer na ręce, bo o notesie już nie pamiętała. To tylko kilka przykładów.

Skupmy się jednak na akcesoriach niezbędnych, bez których kobieta nie wyjdzie z domu. Na pewno nie usłyszymy tu o niczym nowym, ale będą to telefon komórkowy, dokumenty, klucze do domu bądź samochodu oraz portfel, który trochę waży, nie zawsze z powodu ilości pieniędzy, ale ilości kart płatniczych, kredytowych lub stałego klienta do każdego możliwego sklepu w pobliskiej galerii. To zestaw podstawowy.

Gdy Panie mają więcej miejsca, nie obejdzie się jednak bez kosmetyków typu szminka bądź błyszczyk, podręczne lusterko, by móc podkreślić swoją atrakcyjność. Nie zapomnijmy również wymienić chusteczek higienicznych lub pudełeczka wyposażonego w najpotrzebniejsze rzeczy na trudne kobiece dni oraz tabletek przeciwbólowych. W kolejce stoją również kalendarz, notatnik. Ten zestaw potrzebuje już trochę więcej miejsca i przeznaczony jest dla kobiet o aktywnym trybie życia. Dla takich osób niezbędne są również pendrive oraz powerbank w przypadku, gdy rozładowany telefon przerywa ważną rozmowę bądź pogaduchy dwóch przyjaciółek opowiadających sobie ważne wydarzenie.

Kobieta przezorna zawsze ubezpieczona. Zadba ona o detale typu pilniczek do paznokci, mała latarka, gdyby zgasło światło oraz gumy do żucia, by zadbać o swój uśmiech i niechciany zapach z ust, gdyby miało dojść do pocałunku z tym jedynym.
W kobiecej torebce możemy znaleźć również ostry przedmiot typu scyzoryk, ponieważ zawsze może się przydać. Często spotykamy również chusteczki nawilżające w przypadku awaryjnego czyszczenia butów lub dłoni po wizycie w drogerii.

Torebki pełnią tylko rolę estetyczną , ich funkcjonalność obiera nieco inną formę:

 „Wezmę wszystko, bo może mi się przydać”. A co kryje się w środku, to każda kobieta wie.

Anita Banaś
e-mail: anita.ban@op.pl
Zdjęcie: Oliwia Bogdan

Kobieca torebka i brak dna

/ 28 października
Damska torebka. To temat bardzo obszerny. Pełni ona funkcję przechowywania drobnych przedmiotów osobistych. Ale co jeszcze w sobie kryje, t...