5 minut sławy!

/ 14 stycznia
Prawie każdemu z nas przyszło kiedyś do głowy, aby w przyszłości zostać kimś sławnym. A jak sława, to artyści w dziedzinie muzyki, sztuki, tańca itp. Każdy z nas, gdy był dzieckiem, wołał: „Mamo, tato chcę być kiedyś w telewizji!”. Jedni z tego wyrośli, bo okazało się, że prócz wysokich zarobków nie widzieli w byciu sławnym niczego dobrego. Drudzy zaś starają się do dziś, by za wszelką cenę zostać kimś znanym.


Czym tak naprawdę jest sława? Jak wiemy, słowo to oznacza bycie kimś znanym dla dużej ilości osób. Każdy dąży do tego, aby grupa fanów z czasem była coraz to większa. W dzisiejszych czasach możemy dobrze zaobserwować, że popularność nie musi być poparta konkretnymi, poważnymi dokonaniami bądź czynami. Czasem jest to znalezienie się w odpowiednim miejscu i czasie jak na przykład pojawianie się regularnie na jakichś imprezach. Dzięki takim działaniom człowiek staje się sławny. Mówimy wtedy o byciu celebrytą, czyli o osobie znanej z tego, że jest znana.

Szał XXI wieku!
Przeglądając internet lub prasę natrafiamy na poradniki podpowiadające w jaki sposób można zostać sławną osobą. Na niejednym portalu lub forum znalazły się również rozpaczliwe apele o pomoc i podpowiedź do kogo lub gdzie się zgłosić, aby trafić na czerwony dywan. Administratorzy takich stron udzielając odpowiedzi często zaznaczają, że jednak nie każdy tam trafi, ale jest szansa, że będziesz to właśnie „TY”! Wynika to z tego, że ludzie skłonni są zrobić bardzo wiele, by mieć fanów. Nierzadko zdarza się, że osoby pragnące sławy są w stanie zrobić wszystko, żeby zostać zauważonymi i niezależnie od tego, czy inni będą mówić o nich dobrze.

A właśnie, ile ludzie są w stanie zrobić dla bycia sławnym?
Dzięki internetowi i telewizji mamy okazję obserwować, do czego poszczególne osoby są zdolne, aby tylko zyskać rozgłos, a co za tym idzie – pieniądze i  uwielbienie przez część społeczeństwa. Programy telewizyjne łowiące talenty są świetną okazją do zaprezentowania się na scenie w jednej chwili przed całą Polską. Na castingi do takiego show przychodzi bardzo wiele osób, które nie mają żadnej wyjątkowej zdolności (życiowe beztalencie poszukujące wokół siebie trochę szumu). Prezentują one nam jak wspaniale tańczą, śpiewają lub pokazują sztuczki itp., które jedynie wywołują w nas duże ilości śmiechu i politowania.
Również reality show jest idealnym przykładem na to, co ludzie mogą uczynić, aby stać się znanym. Dla sławy są w stanie zrobić wszystko. Myśl przeciętnego Kowalskiego: „zgłoszę się do programu, w którym będę szukać swojej miłości, zdobędę trochę sławy po zaprezentowaniu się w telewizji, a potem nie będę mógł się odgonić od kobiet, bo one na to lecą”. Nie obrażając kobiet w tym cytacie, ale taką myśl ma około 70 procent uczestników.
Dzięki tego typu programom możemy również dowiedzieć się, że dorosłe kobiety nie umieją sprzątać, nie piorą swojej bielizny, bo robią to za nich ich matki. To samo tyczy się mężczyzn, gdy w dorosłym wieku mieszkają jeszcze na garnuszku swoich rodziców. Koszmarem jest program, w którym ludzie się rozbierają, by móc się lepiej poznać bądź uprawiają seks przed kamerami. Sława wprawdzie nie taka jaką sobie zakładali, ale gwarantowana.
W każdym kolejnym odcinku lub edycji programu kryje się pułapka. Coraz częściej stawia się na szokowanie widza, żeby przebić wrażenia z poprzedniego odcinka i przyciągnąć go znów przed telewizor. Pomijam już fakt, że duża część tych programów jest całkiem wyreżyserowana, a producenci żerują na naszej naiwności. Przykłady te pokazują, że wcale nie trzeba być błyskotliwym, aby stać się sławnym. Wystarczy mieć tylko parcie na szkło.
Często te „gwiazdeczki” rozbłyskują szybko i jeszcze szybciej gasną, a ich sława utrzymuje się dzięki brukowcom i portalom plotkarskim.

Dziś zaistnieć można bardzo łatwo, ale czy akurat w taki sposób jaki byśmy chcieli? Czasem wystarczy kamerka komputerowa, internet i dobry pomysł przedstawiający w czym jesteśmy dobrzy.

Każdym z nas kieruje to samo pragnienie – chcemy, żeby nasze życie miało sens. Niestety, dla wielu oznacza to bycie zauważonym przez tłumy. Mało kto rozumie, że biznes rozrywkowy to potęga, która wcześniej czy później pozbawi nas wszystkiego. Naprawdę chcesz być częścią tego świata?

Anita Banaś
e-mail: anita.ban@op.pl
Autor zdjęcia: Oliwia Bogdan
Prawie każdemu z nas przyszło kiedyś do głowy, aby w przyszłości zostać kimś sławnym. A jak sława, to artyści w dziedzinie muzyki, sztuki, tańca itp. Każdy z nas, gdy był dzieckiem, wołał: „Mamo, tato chcę być kiedyś w telewizji!”. Jedni z tego wyrośli, bo okazało się, że prócz wysokich zarobków nie widzieli w byciu sławnym niczego dobrego. Drudzy zaś starają się do dziś, by za wszelką cenę zostać kimś znanym.


Czym tak naprawdę jest sława? Jak wiemy, słowo to oznacza bycie kimś znanym dla dużej ilości osób. Każdy dąży do tego, aby grupa fanów z czasem była coraz to większa. W dzisiejszych czasach możemy dobrze zaobserwować, że popularność nie musi być poparta konkretnymi, poważnymi dokonaniami bądź czynami. Czasem jest to znalezienie się w odpowiednim miejscu i czasie jak na przykład pojawianie się regularnie na jakichś imprezach. Dzięki takim działaniom człowiek staje się sławny. Mówimy wtedy o byciu celebrytą, czyli o osobie znanej z tego, że jest znana.

Szał XXI wieku!
Przeglądając internet lub prasę natrafiamy na poradniki podpowiadające w jaki sposób można zostać sławną osobą. Na niejednym portalu lub forum znalazły się również rozpaczliwe apele o pomoc i podpowiedź do kogo lub gdzie się zgłosić, aby trafić na czerwony dywan. Administratorzy takich stron udzielając odpowiedzi często zaznaczają, że jednak nie każdy tam trafi, ale jest szansa, że będziesz to właśnie „TY”! Wynika to z tego, że ludzie skłonni są zrobić bardzo wiele, by mieć fanów. Nierzadko zdarza się, że osoby pragnące sławy są w stanie zrobić wszystko, żeby zostać zauważonymi i niezależnie od tego, czy inni będą mówić o nich dobrze.

A właśnie, ile ludzie są w stanie zrobić dla bycia sławnym?
Dzięki internetowi i telewizji mamy okazję obserwować, do czego poszczególne osoby są zdolne, aby tylko zyskać rozgłos, a co za tym idzie – pieniądze i  uwielbienie przez część społeczeństwa. Programy telewizyjne łowiące talenty są świetną okazją do zaprezentowania się na scenie w jednej chwili przed całą Polską. Na castingi do takiego show przychodzi bardzo wiele osób, które nie mają żadnej wyjątkowej zdolności (życiowe beztalencie poszukujące wokół siebie trochę szumu). Prezentują one nam jak wspaniale tańczą, śpiewają lub pokazują sztuczki itp., które jedynie wywołują w nas duże ilości śmiechu i politowania.
Również reality show jest idealnym przykładem na to, co ludzie mogą uczynić, aby stać się znanym. Dla sławy są w stanie zrobić wszystko. Myśl przeciętnego Kowalskiego: „zgłoszę się do programu, w którym będę szukać swojej miłości, zdobędę trochę sławy po zaprezentowaniu się w telewizji, a potem nie będę mógł się odgonić od kobiet, bo one na to lecą”. Nie obrażając kobiet w tym cytacie, ale taką myśl ma około 70 procent uczestników.
Dzięki tego typu programom możemy również dowiedzieć się, że dorosłe kobiety nie umieją sprzątać, nie piorą swojej bielizny, bo robią to za nich ich matki. To samo tyczy się mężczyzn, gdy w dorosłym wieku mieszkają jeszcze na garnuszku swoich rodziców. Koszmarem jest program, w którym ludzie się rozbierają, by móc się lepiej poznać bądź uprawiają seks przed kamerami. Sława wprawdzie nie taka jaką sobie zakładali, ale gwarantowana.
W każdym kolejnym odcinku lub edycji programu kryje się pułapka. Coraz częściej stawia się na szokowanie widza, żeby przebić wrażenia z poprzedniego odcinka i przyciągnąć go znów przed telewizor. Pomijam już fakt, że duża część tych programów jest całkiem wyreżyserowana, a producenci żerują na naszej naiwności. Przykłady te pokazują, że wcale nie trzeba być błyskotliwym, aby stać się sławnym. Wystarczy mieć tylko parcie na szkło.
Często te „gwiazdeczki” rozbłyskują szybko i jeszcze szybciej gasną, a ich sława utrzymuje się dzięki brukowcom i portalom plotkarskim.

Dziś zaistnieć można bardzo łatwo, ale czy akurat w taki sposób jaki byśmy chcieli? Czasem wystarczy kamerka komputerowa, internet i dobry pomysł przedstawiający w czym jesteśmy dobrzy.

Każdym z nas kieruje to samo pragnienie – chcemy, żeby nasze życie miało sens. Niestety, dla wielu oznacza to bycie zauważonym przez tłumy. Mało kto rozumie, że biznes rozrywkowy to potęga, która wcześniej czy później pozbawi nas wszystkiego. Naprawdę chcesz być częścią tego świata?

Anita Banaś
e-mail: anita.ban@op.pl
Autor zdjęcia: Oliwia Bogdan
kontynuuj
Uwielbiam przeglądać stare fotografie na których utrwalone są momenty z przeszłości. Jednak jest coś, co lubię jeszcze bardziej – wspominać dzieciństwo. Wrócę dziś do wybranych chwil z tamtych lat. Podejrzewam, że niejeden z Was przypomni sobie swoje beztroskie lata.


    Gibciej, bo nom cug ucieknie!
    No leca już, czekejcie! –  woła jak zwykle spóźniony Janek

Pędzimy ile sił w nogach, żeby zdążyć przed odjazdem pociągu towarowego wypełnionego po brzegi węglem, który tu u nas jest najcenniejszym skarbem. Jest! Udaje się wskoczyć na jeden z ostatnich wagonów, więc rozsiadamy się i zaczynamy czuć się jak władcy świata. Słońce parzy w plecy, próbujemy się schłodzić wodą, ale to nie pomaga.
    Chopcy, kaj jadymy?
    Jak to kaj?! Na stadion patrzeć jak grają nasi!
Na szczęście to tylko dwie stacje stąd, więc przeżyjemy ten upał. Sprawdzamy, czy mamy potrzebne rzeczy: oranżada w szklanej butelce, czarny słonecznik i kapsle zdobyte w paczkach z chipsami. Niczego więcej w tym momencie nam nie potrzeba. Nasza stacja, zeskakujemy na małą polankę na którą za chwilę wybiegną zawodnicy, żeby rozegrać mecz. Ławki już zajęte, więc rozkładamy się na małej górce. Żaden z naszej szóstki nie narzeka na ten stan rzeczy, w końcu trafia nam się najlepsze miejsce, by odpocząć i oglądać spotkanie. Ledwo piłkarze wyszli na środek prowizorycznego boiska, a my już kończymy dłubać słonecznik i puszczamy ostatni raz w obieg butelkę z oranżadą.

    Skończyła się
    No to na co czekosz! Leć po woda na ogródki!

Nieodłączny rytuał każdej soboty. Podróż pociągiem z węglem, by oglądać amatorskie spotkania piłkarskie. Koniec zapasów żywnościowych, uzupełnianie ich i emocjonowanie się losami meczu. Po zakończeniu piłkarskiego święta znów oczekujemy na przyjazd pociągu i wracamy do domu.

    A widziołś jak on podoł?!
    Ja, a co tamtyn zagroł?!
Nie przestajemy przekrzykiwać się nawzajem. Słońce już tak nie grzeje, ale teraz jest ono niepotrzebne, bo po takich chwilach nie jest nam zimno. Na szczęście powtórka już za tydzień.

***

    Te, pódźcie już, bo dziołchy czekają na boisku i godają, że bydą grać bez nos!
    Nie panikuj! Poczekają!

Jak zwykle jesteśmy spóźnieni, bo ktoś nie odrobił jeszcze zadania domowego. Gdy wreszcie zbieramy się całą grupą, wyruszamy na boisko, gdzie czekają już dziewczyny.

    Patrzcie chopcy, momy nowo guma! Mogymy grać!

To była jedna z najlepszych informacji. Dziewczyny zdobyły nową gumę do skakania, którą wyciągnęły ze starych majtek. Szybko ustalamy składy i zaczynamy mistrzostwa. Dwie osoby stoją z gumą założoną na kostki, a jedna skacze. Kolana. Uda. Biodra. Pachy. I wreszcie najwyższe dwa poziomy, prawdziwe osiągnięcie i powód do dumy. Guma już na wysokości karku. Tylko nieliczni skaczą tak wysoko. Wera zawsze jest jedną z faworytek i nie zawodzi także tym razem. Guma już na wysokości uszu! Nie udaje się pokonać tego poziomu, ale i tak już wygrywa. Nikt z nas nie może się  nawet zbliżyć do jej wyniku. Dla większości z nas szczytem marzeń jest wysokość pach, ale wtedy najczęściej występuje znienawidzona skucha i zmiana zawodnika.

    Te, jo już musza iść. Mama mnie woło na kolacyjo – jeden z nas przerywa wielogodzinną zabawę i nas opuszcza.

To nas nie martwi, bo przywiązujemy gumę z jednej strony do latarni i gramy dalej. I tak do upadłego. Wreszcie nadchodzi moment podjęcia decyzji o zakończeniu gry. Na szczęście jutro znów widzimy się na boisku.

***

    Te, słyszeliście, że dzisioj je turniej?
    Jaki zaś turniej?
    Kto najgibciej wleci na hołda!

Dwa razy nie trzeba powtarzać. Ubieramy adidasy, krótkie spodenki i ruszamy naszą sześcioosobową drużyną pierścienia, by zdobyć tytuł.

    Jako je nagroda?
    Ponoć mają dować pełno kopalnioków!
Kopalnioki – jeden z największych przysmaków. Jeszcze przed zawodami obiecujemy sobie, że niezależnie od tego, kto wygra, dzielimy się po równo. Wszyscy składają przysięgę i ruszamy. To już nie jest zwykły turniej, jakieś tam wyzwanie. To już szansa na zdobycie kopalnioków.
Sędzia dzieli zawodników na kilka grup, które będą biec po kolei. W pierwszym i drugim biegu nie uczestniczy nikt z naszej paczki. Dopiero w trzeciej serii ruszamy z Jankiem. Obaj kwalifikujemy się do kolejnej rundy. Niestety Kuba, Dawid, Adaś i Mariusz odpadają. Z Jankiem udaje nam dotrzeć aż do finału.

    Chopcy, docie rada!
    Jaa! Musicie je zdobyć!

Doping kolegów mobilizuje nas i ruszamy bardzo dobrze. Biegniemy obok siebie i wzajemnie się wspieramy.

    Dowej Janek, dowej!
    Gibciej nie dom rady!

Na szczęście przeciwnicy są daleko za nami, więc docieramy we dwójkę zdobywając pierwe miejsca. To oznacza, że dziś będziemy świętować przez cały dzień. Po biegu otrzymujemy upragnioną nagrodę i znikamy na długie godziny na boisko, gdzie emocjonujemy się jeszcze porannymi zmaganiami. Najważniejsze jednak jest to, że zajadamy się czarnymi bryłkami.

***

    Mamo! Ciepnij woda!
    Mamo! Ciepnij pusto flaszka!
    Mamo! Ciepnij złoty!

Krzyczymy wszyscy po kolei każdy pod swoim oknem. Piłka już czeka na środku boiska. Szybko biegniemy do sklepu, żeby kupić oranżadę i zacząć grać.

    Welujemy się – stwierdza Adaś
    Kto z kim?
    Jo i Janek
Janek wygrywa pojedynek i rozpoczyna wybór swojego składu. Zespoły ustalone, zasady też, więc gramy. Godzina 8:00!

    Tomek!
    Janek!
    Mariusz!

Tak, to już godzina 13:00. Czas na obiad, ale wszyscy zgodnie krzyczymy z boiska, że przyjdziemy za chwilę. Chwila przedłuża się do kilku godzin i pora iść na kolację. Umawiamy się, że za dziesięć minut wracamy z butelkami pełnymi wody i jakimiś ciastkami. Zgoda. Nie mija nawet pięć, a już jesteśmy gotowi do gry. Ktoś się przewraca i krawi z łokcia, za chwilę inny ma uraz kolana. Nie przejmujemy się, przecież to powód do dumy! Będzie blizna, więc trzeba się cieszyć! I gramy póki widać piłkę, nie zważając na to, że wszyscy jesteśmy już brudni jak górnicy i zakrwawieni jak bokserzy. Bo i jak mamy się tym przejmować, skoro za chwilę się wykąpiemy i jutro zostaną tylko wspomnienia.

    Kto strzeli, wygrywo!
    Dobra!

Po tych słowach kończy się jakakolwiek zabawa. To już wojna. Nie można przegrać i żyć z tym całą noc. Trzeba być królem boiska.

Dobrze jest czasem powrócić do tamtych chwil, w których jedynymi zmartwieniami było to, czy strzelimy bramkę w trakcie najważniejszego meczu lub to, czy uda nam się skoczyć wyżej od innych. Warto zatrzymać się na chwilę w tym pędzącym świecie i wspomnieć te wspaniałe momenty sprzed lat. Może o którymś z przyjaciół z tamtych dni już nie pamiętasz w tym codziennym natłoku spraw? Zadzwoń, napisz do niego albo... zawołaj pod oknem i pośmiejcie się z Waszych wielkich przygód.

Tomasz Pszonak
tomaszpszonak10@gmail.com
Zdjęcie: Sofia Vetriak

A pamiętasz jak?

/ 14 stycznia
Uwielbiam przeglądać stare fotografie na których utrwalone są momenty z przeszłości. Jednak jest coś, co lubię jeszcze bardziej – wspominać...
Książka, serial i film dotyczące tego samego, z reguły powinny się od siebie różnić. Idąc do kina na adaptację naszej ulubionej lektury spodziewamy się, że nie będzie ona jej odzwierciedleniem i pewne wątki na pewno zostaną pominięte. No właśnie – wątki. Co innego tyczy się charakterów postaci i ich relacji z innymi, które według mnie powinny być kalką pierwowzorów. Czy możemy to powiedzieć o filmie Death Note produkcji Netflixa?


Death Note to manga autorstwa Tsugumi Ōby ilustrowana przez Takeshiego Obatę. Wydawana była na przełomie lat 2003-2006. Na jej podstawie powstało anime o tym samym tytule, które dopełniło dużego już zainteresowania tematem. Prócz tego, na ekranach możemy oglądać również adaptacje filmowe związane z samym notatnikiem jak i z poszczególnymi postaciami oraz wątkami pobocznymi. Mamy też możliwość grać w gry o tej tematyce. W tym artykule chciałabym się skupić tylko na tegorocznej produkcji Netflixa, która wywołała dużo sprzecznych reakcji i porównać ją z kultowym w swoim gatunku anime. Chcę również zaznaczyć, że nie będę brała pod uwagę fabuły, gdyż ona zawsze będzie się różniła od oryginału. Skoncentruję się na charakterach, jakie powinny mieć główne postacie oraz relacjach między nimi.

Zacznijmy od tego, że akcja filmu rozgrywa się w Ameryce, natomiast anime w Japonii. Kolejną różnicą, mającą duży wpływ na moje dzisiejsze rozważania, jest gatunek obydwu produkcji. Wersja amerykańska jest bez wątpienia filmem akcji. Wiele w niej elementów, które lubią duże ekrany i spore budżety. Wersja japońska jest gatunkiem psychologicznym i detektywistycznym. Głównym problemem jest nie tyle notatnik, co gra umysłów pomiędzy detektywem L i Kirą.

Reżyser adaptacji, Adam Wingard, zaznaczył, że inspirował się istniejącą już historią, a sam chciał stworzyć coś, co mogłoby być osadzone w realiach Ameryki. Niestety, mając tak duży budżet (jak można zauważyć w filmie), wolał go wykorzystać na efektowne zabójstwa niż na rozbudowaną fabułę i ciekawszy scenariusz. Najbardziej ucierpiały na tym postacie, które mają mało wspólnego z oryginałem.

Raito Yagami vs Light Turner, czyli Kira vs Kira.


Tę postać można ocenić po jednej scenie – pierwszego spotkania z Shinigami imieniem Ryuk. Japoński Kira po otrząśnięciu się z pierwszego szoku skwitował pojawienie się Boga Śmierci w jego pokoju słowami: „Cóż, nie jestem zaskoczony. W zasadzie, Ryuk, czekałem na ciebie”. Po tej scenie można stwierdzić, że główny bohater jest opanowany i niezwykle inteligentny (przewidział istnienie kogoś takiego). W zaledwie parę dni zdołał odkryć do czego zdolny jest notatnik, wpisać do niego sporą liczbę przestępców i stworzyć plan bycia bogiem jego nowej utopijnej rzeczywistości. Ryuk stał się obserwatorem wydarzeń i tylko sporadycznie w nich uczestniczy, a Raito jest ich prowodyrem. Każdy krok ma dokładnie przemyślany i nie robi niczego pochopnie. Manipuluje wszystkimi, by osiągnąć swój cel. Notatnik ma dobrze schowany. Nawet jeśli ktoś odkryłby skrytkę, to bez odpowiedniego klucza nie dostanie się do niej. Jeśli jednak spróbuje, to spowoduje tym samym podpalenie się notesu.
Amerykański Kira jest całkowitym przeciwieństwem tego japońskiego. Gdy pierwszy raz zobaczył Shinigami to stwierdzenie, że był przerażony jest niedopowiedzeniem. Na ekranie możemy oglądać histerię w najczystszej postaci. Bohater jest bezradny, nie wie czym jest notatnik i co może z nim zrobić. Bóg Śmierci staje się w dużej części uczestnikiem wydarzeń i uczy Lighta jak posługiwać się tą zabójczą bronią. Jest on jednak nieostrożny, zachowuje się wręcz jak zbuntowany nastolatek, który dostał szansę odegrania się na zabójcy matki. Nie chowa notatnika, a nawet pokazuje go publicznie, siedząc na boisku. Po tym możemy stwierdzić, że główny bohater jest nieodpowiedzialny, lekkomyślny i niezbyt inteligentny.

Misa Amane vs Mia Sutton


Misa to postać gotowa zrobić i oddać wszystko za możliwość bycia kochaną przez Raito. W każdej sytuacji kierowała się tylko jego dobrem, a o sobie w ogóle nie myślała. Dwukrotnie zmniejszyła długość swojego życia poprzez wymianę oczu z Shinigami, wpisywała imiona przestępców do swojego notatnika stając się drugim Kirą, narażała się na ogromne niebezpieczeństwo tylko po to, by Raito ją zauważył i pokochał. Jedyne czego chciała w zamian, to możliwość uczestniczenia w jego życiu. Jest naiwna, łatwowierna i ślepo zapatrzona w Kirę.
Amerykańska Mia nie ma żadnych cech Misy. Ona kontroluje notatnikiem jak i samym Kirą. Manipuluje go do własnych celów, jest przebiegła i nieustępliwa. Prawie przekonuje Lighta do zabicia własnego ojca. Zależy jej głównie na zabójczym notesie.

L vs L


L jest geniuszem. Ta cecha objawia się we wszystkim co robi – od dziwnego wyglądu, przez niezwykłą pracę detektywa do obsesji na punkcie słodyczy. W anime mamy możliwość oglądania jego toku myślenia, odkrywczych wniosków poprzedzanych błyskotliwą dedukcją. W filmie jest on najbliższą oryginałowi (spośród trzech głównych bohaterów) postacią, lecz pewne różnice nie pozwalają powiedzieć nic więcej. Największym błędem w wersji amerykańskiej była przemowa detektywa. Japoński L w całej swojej karierze nigdy nie podał do wiadomości publicznej swojego wizerunku, nawet w połowie. W telewizji pojawił się człowiek udający detektywa i to był ten jedyny raz kiedy ludzie myśleli, że widzieli L. Jeśli chodzi o dochodzenie w sprawie Kiry – wydaje mi się, że filmowemu detektywowi nie pozostawiono zbyt dużego pola do popisu i ze względu na krótki czas trwania filmu nie mógł on pokazać swojego potencjału. Jego oskarżenia były nagłe, nie widzieliśmy procesu myślowego jaki za tym stoi, a jeśli był, to bardzo płytki. Mimo tych różnic, aktor wykonał dobrą robotę i była to jedna z niewielu pozytywnych rzeczy w filmie.

Relacje między tymi postaciami również pozostawiają wiele do życzenia. Po pierwsze w anime istnieje miłość platoniczna Misy do Raito, gdzie on manipuluje ją do swoich celów. W filmie uczucie między nimi jest prawdziwe i to Mia zdaje się mieć kontrolę nad Kirą. Po drugie, jak już pisałam wcześniej, w anime chodzi o grę umysłów między L a Kirą. W filmie nie znajdziemy nawet odrobiny zawiłych układanek i labiryntu kłamstw tworzonego przez główną postać. Mamy za to małą wojnę toczącą się między tymi bohaterami, która nie ma konkretnego początku ani końca.

Nie uważam, że film jest beznadziejny i nie warto go oglądać. Ma on odpowiednią dramaturgię, ciekawe postacie i fabułę tylko wtedy, gdy nie zna się oryginalnej historii. Odpowiedzią na pytanie zawarte w tytule jest: tak, skrzywdził go. Gdy masz do wyboru obejrzeć anime lub film to z całą pewnością polecam zapoznać się z pierwszą opcją. Dostaniesz lepiej opowiedzianą historię, dużo więcej wątków, a przede wszystkim bohaterów, którzy rozpoczną niekończące się dyskusje na tematy dotyczące tego, kto jest dobry, komu można wybaczyć, a komu kibicować. Oglądałam to anime z osobą, która tego gatunku nienawidzi i sama po paru odcinkach przyznała, że fabuła jest wciągająca, zaskakująca i po prostu świetna. Warto dać mu szansę, a nie będzie się rozczarowanym.

Marcelina Michaj
marcelina.michaj@gmail.com
Perfekcja. To tylko słowo, prawda? Samo w sobie nie może cię skrzywdzić, w końcu jest to tylko zbitka kilku liter, a litery to nic nieznaczące znaki. Nie zaszkodzą ci, pod warunkiem, że nie wiesz co się za nimi kryje. Znaczenie tego słowa jest powszechnie znane, bo w dwudziestym pierwszym wieku niejeden z nas czyni perfekcję swoim życiowym celem. Nie do końca wiemy w czym chcemy być perfekcyjni, ale dajemy się wciągnąć w wyścig szczurów w najbanalniejszych dziedzinach życia: kariera, popularność, bogactwo czy modne ostatnio dbanie o formę.  Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że najczęściej zmierzamy po prostu donikąd. Zamiast się rozwijać, sami kopiemy pod sobą dołki, popadamy w paranoję. To właśnie nieosiągalna perfekcja przekreśliła obiecującą karierę Julii Lipnickiej, młodej łyżwiarki figurowej z Rosji, która w wieku 19 lat zakończyła swoją przygodę ze sportem. Bezpośrednim powodem dla tak wczesnego zakończenia kariery sportowej okazała się walka z anoreksją.


W 2014 roku Julia Lipnicka urzekła cały świat swoim układem do motywu przewodniego Listy Schindlera. Młoda łyżwiarka miała wtedy zaledwie 15 lat i przeżywała najlepszy czas w swojej dosyć krótkiej karierze. Została najmłodszą w historii mistrzynią Europy, wyrastając tym samym na jedną z głównych faworytek igrzysk olimpijskich, które odbywały się w jej ojczyźnie. W zawodach drużynowych zaprezentowała pełnię swoich możliwości. Reprezentacja Rosji wywalczyła mistrzostwo, a ona odegrała główną rolę w jego zdobyciu, zostając tym samym najmłodszą złotą medalistką w historii tej imprezy. Nie udało jej się zdobyć krążka w zawodach indywidualnych – upadek przekreślił jej szansę, jednak to nie złamało młodej łyżwiarki, która kilka miesięcy później do mistrzostwa Europy i olimpijskiego złota dorzuciła wicemistrzostwo świata.  Był to jednak ostatni tak wielki sukces Julii Lipnickiej, bo od tamtej pory jej forma zaczęła spadać. Jak łatwo się domyślić, przyczynił się do tego jej młody wiek oraz wywierana na niej presja.

Julia swoje największe sukcesy odniosła będąc jeszcze dziewczynką, czyli wtedy gdy w kobiecym ciele następuje najwięcej zmian. W przypadku Lipnickiej okres dojrzewania przyczynił się do przybrania na wadze, a wraz z wagą następował wzrost stresu i wymagań, które sama sobie stawiała. Ogromne zainteresowanie ze strony mediów tylko potęgowało presję, którą odczuwała. W pewnym momencie młodej Rosjance tak trudno było znieść porażkę, że po zawodach w Chinach w 2015 roku opuściła ceremonię medalową, bo nie udało jej się wygrać. Zajęła „tylko” drugie miejsce.

Przez ostatnie dwa lata Julia Lipnicka przebyła długą, naznaczoną obrażeniami drogę, by powrócić do formy, jaką prezentowała w sezonie 2013/2014. Ze względu na słabszą postawę na mistrzostwach Rosji nie została dopuszczona do mistrzostw Europy oraz mistrzostw świata w 2015 roku. W kolejnych miesiącach zmagała się z kontuzją nogi, co jeszcze mocniej opóźniło jej ewentualny powrót. Po raz ostatni wystąpiła w zawodach łyżwiarskich w listopadzie 2016 roku, jednak nie udało jej się dokończyć układu z powodu kolejnego urazu. Później słuch o niej zaginął. Wydawać się mogło, że Julia Lipnicka jest pochłonięta dalszą walką o powrót na szczyt. Jak się później okazało, łyżwiarka porzuciła myśl o powrocie na rzecz walki o swoje zdrowie. Nieustanna pogoń za doskonałością wpędziła ją bowiem w sidła anoreksji.

Łyżwiarstwo figurowe, zwłaszcza to w wydaniu kobiecym, jest bardzo trudne dla młodych dziewczyn, które odnajdują w nim swoją pasję. Trudno jest podążać swoją własną ścieżką i w jakikolwiek sposób się wyróżniać. Przede wszystkim dlatego, że prezencja łyżwiarek odgrywa w tej dyscyplinie znaczącą rolę, a kobiety mają naturalną tendencję do porównywania się z innymi przedstawicielkami swojego gatunku. Skąpe sukienki, oceny sędziowskie oraz wszędobylskie kamery czy aparaty uwieczniające każdy ich ruch, każde potknięcie i każdy odsłonięty fragment ciała – to wszystko sprzyja nieustannemu konfrontowaniu się z rywalkami, a tym samym również dyskredytacji własnych zalet i osiągnięć.

Najsmutniejsze jest to, że przypadek Julii Lipnickiej nie jest odosobniony. Dawniej z zaburzeniami odżywiania zmagały się także inne łyżwiarki figurowe: Kaetlyn Osmond i Meagan Duhamel. Natomiast pod koniec października decyzję o zawieszeniu kariery podjęła zaledwie 3 lata starsza od Lipnickiej Gracie Gold, która również nie potrafiła poradzić sobie z rządzącym łyżwiarstwem figurowym kultem ciała.

Anoreksja to choroba dwudziestego pierwszego wieku. Jak powszechnie wiadomo, zmagają się z nią nie tylko sportsmenki, ale również przeciętne dziewczyny, a niejednokrotnie również i chłopcy. Grunt to wyczuć odpowiedni moment, by zatrzymać się w tej pogoni za doskonałością i zdać sobie sprawę z tego, że zdrowie jest ważniejsze niż zaspokajanie nierealnych oczekiwań wobec samego siebie. Julia Lipnicka jest tylko jednym z wielu przykładów na to, że obsesyjne dążenie do spełnienia marzeń może doprowadzić do ich bezpowrotnej utraty.

Paulina Dziembała
paulina.dziembala@gmail.com

Źródła:
·PolskieRadio.pl: Najmłodsza rosyjska medalistka igrzysk kończy karierę w wieku 19 lat (www.polskieradio.pl/43/279/Artykul/1833733,Najmlodsza-rosyjska-medalistka-igrzysk-konczy-kariere-w-wieku-19-lat);
·CBC.ca: Figure skater Yulia Lipnitskaya opens up about anorexia (www.cbc.ca/sports/olympics/winter/figureskating/olympic-champ-lipnitskaya-anorexia-1.4285781);
·CBC.ca: Managing weight 'a struggle' for Skate Canada champion Kaetlyn Osmond  (www.cbc.ca/sports/olympics/winter/figureskating/kaetlyn-osmond-duhamel-gracie-gold-1.4378510)

Jak być idealnym?

/ 07 stycznia
Perfekcja. To tylko słowo, prawda? Samo w sobie nie może cię skrzywdzić, w końcu jest to tylko zbitka kilku liter, a litery to nic nieznacz...
Zoofilologia? A to nie to samo, co zoofilia? Kiedy słyszy się taką dziwną nazwę, czy można mieć inne skojarzenia, fonetycznie jak najbardziej uzasadnione? A jednak to nie to samo. Pojęcie zoofilologii jest całkiem świeże i myślę, że warto się mu przyjrzeć. A przy okazji przyjrzę się także wyimkowi z twórczości Tadeusza Nowaka – wspaniałego pisarza, przedstawiciela nurtu chłopskiego w prozie polskiej XX wieku.  


Twórcą terminu zoofilologia jest Aleksander Nawarecki, którego śląskiemu środowisku akademickiemu nie trzeba przedstawiać. Ze stworzonym przez niego, ale  niewiele mi mówiącym słowem zetknęłam się po raz pierwszy dopiero w tym roku, właśnie na studiach. Można by je włączyć w taką pulę słów: ekokrytyka, zoopoetyka, animal studies… Oczywiście nie są to synonimy, lecz pojęcia położone blisko siebie na mapie znaczeniowej. Prawdę mówiąc, nie mam zamiaru wyjaśniać tutaj tego słowa. Myślę, że jego znaczenie da się częściowo wydedukować, dlatego pozwolę sobie na szeroko rozumianą refleksję zoofilologiczną.

Trudno sobie wyobrazić  literaturę bez zwierząt, o czym przekonuje Nawarecki. Czym innym byłaby  literatura bez wydry Paska, koni Morcinka i wielu innych zwierzęcych bohaterów. Każdy z nas zapewne dodałby od siebie innych ulubieńców – psa jeżdżącego koleją, Hachiko albo Paddingtona (książki dla dzieci to prawdziwa kopalnia pomysłów – tylu milusińskich trudno znaleźć gdzie indziej). Ale załóżmy, że mamy za sobą okres zachwytów Kubusiem Puchatkiem i Królikiem Piotrusiem. Co teraz? Czy dla zwierząt nadal można znaleźć ważne miejsce w literaturze, czy też uznajemy wspomnianych bohaterów za relikty przeszłości i spoglądamy na nich z lekceważącym rozbawieniem?

Odpowiem tak – myślę, że dla zwierząt nadal istnieje dużo przestrzeni w dziedzinie literatury, co więcej, obecnie są one opisywane z innej perspektywy (czy ktoś jeszcze nie słyszał o Duchowym życiu zwierząt Petera Wohllebena, autora Sekretnego życia drzew?). Staramy się uzyskać jak największy wgląd w ich życie, odszukać tajemnicze sposoby porozumiewania, może więcej podobieństw, różnic… W porównaniu do takiego sposobu pisania o naturze, Tadeusz Nowak tworzy całkowicie inaczej. To wyjątkowy pisarz. Jak już wspomniałam, reprezentuje nurt chłopski, a zatem jego powieści przesycone są obrazami wsi. Jakaż by to była wieś, gdyby zabrakło tam zwierząt? Proza tego pisarza jest mocno zoofilologiczna. Kocha on istoty żywe szczerze – takie wrażenie odnieść można po lekturze choćby Półbaśni. Ileż tam gadających koni, koźląt, zwierząt leśnych czy różnych innych postaci, które, choć zwierzęce, barwnością dorównują ludzkim bohaterom!

W Obcoplemiennej balladzie również można napotkać takie animalistyczne fragmenty. Nie sposób tutaj zreferować całości (lepiej do niej odesłać!), więc przyjrzę się jedynie niezwykle wdzięcznemu (a może dźwięcznemu?) wyimkowi o glinianych ptaszkach – okarynach, gwizdkach. Świat ludzki i natura są ze sobą ściśle powiązane – jak mówi dziadek, właściciel tychże instrumentów: „Wydaje mi się, że bez tych glinianych stworzeń nie byłoby prawdziwie żywych ptaków”. Można pomyśleć, że kiedy ptaki nie śpiewają, wystarczy wyciągnąć okarynę i zagrać, a zaraz usłyszeć można „mysikróliki, słowiki, drozdy, szpaki, sikorki, szczygły”. Dzięki temu istota tych stworzeń, śpiew, zostaje uchwycona, zamknięta w przedmiocie, który potrzebuje człowieka, by przemówić, a właściwie zaśpiewać, czyli zaledwie odtworzyć ptasi głos. To ciekawe połączenie – ludzie tworzą instrumenty naśladujące właściwości natury, ale nie są to w tym przypadku urządzenia działające same z siebie, lecz potrzebujące jakiegoś podmiotu do ożywienia glinianych stworzeń, wywoływania prawdziwie żywych odgłosów ptaków.

Kolejny fragment utrzymany jest w zupełnie innym tonie: „Małoż to w polu, w lesie krąży zwierząt zabitych, dawno oskórowanych i dawno zjedzonych. […] Ale zwierzę zabite żyje nadal. W trawie, w drzewie, na dnie wody. A trawa, drzewo i woda też żyją. Zatrzymują w sobie wizerunek zabitego stworzenia. I zwierzę nadal żyje […]”. Uważam, że wyrażona przez Nowaka myśl idealnie nadaje się na zakończenie moich rozważań. Niezależnie od podejścia do problemów związanych z prawami zwierząt, ubojem hodowlą, jedzeniem ich bądź niejedzeniem – wszystkie te sprawy zyskują inną wymowę, gdy okazuje się, że jest coś więcej, czego czasami się poszukuje w braciach mniejszych. Mianowicie po śmierci następuje zjednoczenie z naturą – w przyrodzie pozostaje obecność zwierząt. Ta wizja, fantazja czy naiwna myśl prowadziłaby do wyobrażenia świata nieskończenie wypełnionego (to hiperboliczne określenie ma za zadanie jedynie przekazać pewną ideę) duchami tych istot. Czyż nie jest ona pociągająca ze względu na swój rozmach, nietuzinkowość? Taki właśnie świat wyłania się z Nowakowych opowieści – bajkowy, zamieszkany przez duchy, dusze, zmarłych, istoty ponadzmysłowe… Dlatego ten fragment wpisuje się w kreowaną przez pisarza wizję świata, w którym przejście między jawą a snem jest jedynie umowne, podobnie zresztą jak wiele innych granic postrzeganych jako ustalone i powszechnie przyjęte. Czy więc w takim świecie mogłoby nie być miejsca dla istot, które przecież żyją blisko człowieka, ale i są równie śmiertelne jak on? To już nie jest pytanie do filozofów, teologów czy psy idą do nieba, lecz pytanie do domowego zwierzęcia: quo vadis? Celowo wprowadzam te pytania, mrugając do czytelnika i licząc na jego uśmiech.  Niewiele wiem o zoofilologii, lecz myślę, że całkowity zwrot w stronę zwierzęcia, by oddać mu głos, jest intuicyjnie zoofilologiczny. Spójrzmy po raz ostatni na ten prawdziwy „życia krąg”: stworzenia żyją, natura istnieje; gdy zwierzęta umierają, ich (co takiego? dusza?) obecność przejawia się jako wizerunek w przyrodzie – a natura nadal istnieje. Następuje tutaj wyjątkowa ciągłość, piękne połączenie fauny z florą, a może i całym Wszechświatem.

Zastanawiam się, czy moje zoofilologiczne rozważania nie wyprowadziły mnie na manowce – ale czego? Wiary, literatury, filozofii, logiki? Przyznaję, że roztoczona przez autora Półbaśni wizja uwiodła mnie swoją baśniowością. Czy to rozważania oderwane od rzeczywistości? Och, być może. Nie obiecywałam, że będzie inaczej. Ale o jednym mogę zapewnić – czytanie Nowaka doprowadza do zachwytu nad rzeczywistością inną niż ta znana aż za dobrze. Jaką? O tym już innym razem…  

Kamila Kołodziejczyk
kolodziejczyk.kamilaagnieszka@gmail.com
Zdjęcie: Sofia Vetriak

Źródła:
1.      Zwierzęta i ich ludzie. Zmierzch antropocentrycznego paradygmatu. Red. A. Barcz, D. Łagodzka. Warszawa 2015;
2.      T. Nowak: Obcoplemienna ballada. Warszawa 1963.


Refleksje zoofilologiczne

/ 07 stycznia
Zoofilologia? A to nie to samo, co zoofilia? Kiedy słyszy się taką dziwną nazwę, czy można mieć inne skojarzenia, fonetycznie jak najbardzi...
Mam 22 lata, studiuję, pracuję, wychowuję samotnie kota. Wydawałoby się, że moje życie podobne jest do codzienności wszystkich moich rówieśniczek i rówieśników, okazuje się jednak, że niekoniecznie. Niektórzy z nich wzięli na siebie jeszcze jeden obowiązek: małżeństwo.


Ostatnimi czasy, kiedy leniwie przeglądałam tablicę na Facebooku, w oczy rzucał mi się natłok ogłoszeń o zaręczynach, ślubie, dzieciach i zaczęłam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z nimi, a może żyjemy w różnych światach. Jednak po głębszym namyśle znalazłam wśród swoich znajomych, a nawet rodziny takie przypadki, mogące śmiało reprezentować to grono osób, które wskoczyły na wyższy poziom stanu cywilnego.

Jak moi bohaterowie stali się częścią tego wszystkiego
A gdyby tak… zbadać, jak się czuje osoba w moim wieku stając na ślubnym kobiercu? A może pójść krok dalej? Postanowiłam więc założyć sobie górną granicę wieku – 20 lat – w którym dany delikwent stał się mężem lub żoną i po prostu, po ludzku przepytać ich wszystkich.
Stworzyłam coś w rodzaju ankiety z pytaniami otwartymi i starałam się znaleźć kilka osób, które zgodziłyby się pomóc mi odkryć tę tajemnicę. Bardzo chciałam, aby stosunek przepytanych mężczyzn i kobiet wynosił 1:1, jednak nie tak łatwo znaleźć pana, który w tak młodym wieku założyłby obrączkę na palec. Nie wszyscy również byli skorzy do podzielenia się doświadczeniem. Tak więc z bólem serca przyjęłam miażdżącą przewagę kobiet i pozostałam przy 2 panach i 5 paniach o  zróżnicowanym wieku od 21 do 68 lat: Karolu (imię zmienione), Katarzynie (imię zmienione), Magdalenie, Aleksandrze, Kamilu, Sylwii oraz Annie.

Dojrzałość przed ołtarzem?
Wyobraźcie sobie to: stajecie przed ołtarzem czy przed urzędnikiem. Obok Was stoi ktoś, kto przynajmniej w założeniu będzie stał już obok Was do końca życia. W zdrowiu i w chorobie, zobowiązując się do miłości, wierności, uczciwości… Piękna chwila? Pewnie tak, jednak na pewno stresująca. Przed Wami poważna decyzja, ważniejsza od jakiejkolwiek innej do tej pory, wymagająca – no właśnie – dojrzałości. Niezależnie od płci, aż pięcioro pytanych stwierdziło, że czuło się osobą dojrzałą stojąc na ślubnym kobiercu. Magdalena określiła to jednak inaczej: „Było to szalone, spontaniczne, skok na głęboką wodę, z przekonaniem że to ten jedyny i dużą dawką zaufania; nie czułam się dojrzała”. Z kolei Katarzyna zwróciła uwagę na inną kwestię – to, że nie czuła się dojrzała było dla niej po prostu ludzkie, jednocześnie jednak zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji i jako osoba wierząca ufała, że Bóg pomoże jej odnaleźć się w tej nowej roli i da jej siłę, by dojrzeć do bycia żoną.

Inaczej sprawy się miały, kiedy zapytałam o różnicę w emocjach między ślubem a zaręczynami. Tylko dwie osoby stwierdziły, że ich odczucia były takie same. Dla pozostałych dużo poważniejszy był sam ślub. Dla Sylwii spore znaczenie miało to, że o zaręczynach rozmawiała z mężem wcześniej. Niewiele się od nich zmieniło, tym bardziej, że ciągle mieszkali osobno. Dla niej to ślub był poważny i ważny, bo to od tego momentu tak naprawdę zaczęła nowy rozdział.

A co po ślubie?
Zawsze myślałam, że dla osób mieszkających razem przed ślubem sama ceremonia niewiele zmienia, przynajmniej „technicznie”. Jednak każdy z pytanych, niezależnie od sytuacji „sprzed”, stwierdził, że małżeństwo zmieniło jego życie. To co właściwie takiego się dzieje?
Otóż dopiero na tym etapie małżonkowie poznają swoje zachowania, docierają się, uczą się kompromisu oraz bycia razem w zwykłej, szarej codzienności. Czasem trzeba ustąpić, przyzwyczaić się do siebie nawzajem.

„Tryb życia zdecydowanie się zmienił pod względem spędzania wspólnego czasu, ale także prozaicznych czynności takich jak sprzątanie, robienie zakupów, planowanie budżetu rodzinnego. Jeśli chodzi o relację, w małżeństwie musimy bardziej o nią dbać. Troska o nią często umyka w codziennych problemach i zabieganiu, a bez walki o relację małżeństwo zaczęłoby się sypać” – mówi Katarzyna.

Wczesny wiek/późny wiek
Zapytałam mężów i żony o to, czy uważają, że osoby w tym wieku co oni kiedy brali ślub zawsze są dojrzałe. Tutaj, jak jeden mąż (!), wszyscy stwierdzili, że nie. Kluczowym słowem okazało się  „zawsze”. U pań pojawiły się takie odpowiedzi, które podkreśliły, że to zależy od związku w którym dana osoba jest, od jego długości, dojrzałości relacji. Zwróciły one jednak uwagę na to, że nie warto zwlekać, czy to z punktu widzenia zegara biologicznego, który ma znaczenie, jeśli mają pojawić się dzieci, czy ze strony „przeciągania” podejmowania tej decyzji z różnych powodów, ucieczki przed powiedzeniem „tak”.

A co z górną granicą? Według większości pytanych ona po prostu nie istnieje. Anna, mężatka z niemal 50-letnim stażem uważa, że każdy wiek jest dobry. Nawet stulatek – kawaler albo wdowiec - może się ożenić, bo dzięki temu nie będzie samotny. Co ciekawe, pojawiła się jedna odpowiedź określająca „późny” wiek. Magdalena wskazała tutaj przekroczenie 30-go roku życia.

Czy dwudziestolatki są dojrzalsze od dwudziestolatków?
O dojrzałość płci przeciwnej toczy się bój. Pani Anna uważa, że kobiety w tym wieku są dojrzalsze od mężczyzn, jednak młodsi ankietowani coraz częściej zdają się zauważać różne odcienie tej sprawy. Żadne z nich nie potrafiło jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, najczęściej pojawiało się „niekoniecznie” czy „to zależy”. Jednak odpowiedzią, na którą zwróciłam szczególną uwagę, była wypowiedź Katarzyny: „W perspektywie dzisiejszych czasów myślę, że to [zawieranie związku małżeńskiego przez mężczyzn do 20-go roku życia – przyp. autorki] o kilka lat za wcześnie, choć oczywiście zakładam istnienie wielu wyjątków. Wręcz byłoby dobrze, gdyby tych wyjątków było coraz więcej. W dzisiejszym świecie jest duża potrzeba wychowywania dojrzałych mężczyzn przez ich dojrzałych ojców. Kobiety, które myślą, że same wychowają syna, są w ogromnym błędzie – nawet jeśli z przyczyn niezależnych od nich syn nie ma ojca, to matka musi mu zapewnić jakiś wzór mężczyzny. Tak działa natura i nie ma co sobie wmawiać, że jest inaczej.”

Jedno, co na pewno widać po odpowiedziach na to pytanie, to to, że pogląd na szybsze dojrzewanie kobiet się zmienia. Coraz częściej postrzegamy człowieka jako jednostkowy przypadek, a nie element ogółu, którymi rządzą te same prawa. To chyba bardziej sprawiedliwe, prawda?

Zawód: żona/mąż. Dzień: 1.
Jak właściwie czujesz się, kiedy wstajesz rano i wiesz, że masz na palcu obrączkę i nic nie jest już takie jak kiedyś? Poprosiłam ankietowanych o podanie trzech określeń, jakie przyjdą im do głowy, gdy pomyślą o ich pierwszym dniu w nowej roli. Pojawiły się określenia takie jak:
szczęśliwy/-a, spokojny, kochany, zmęczona, dumna, niepewny, zdezorientowany/-a, ciekawy, ważniejsza, poważniejsza, niewyspana, głodna.

A zatem małżeństwo mogę określić jako niezły roller coaster. I wiecie co? Wygląda na to, że rzeczywiście tak jest. Nie ma wieku odpowiedniego, jest odpowiedni stan. Każdy musi wiedzieć, czy jest zdolny do tego, aby dzielić z kimś życie, porzucić część „ja” na rzecz „my”. Nie zatraca się indywidualności, ale nagle jest się odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale także za męża czy żonę. Jest to na pewno piękna relacja, która wymaga jednak wyrzeczeń. Jeśli oswoimy tę sytuację, jeśli naprawdę jesteśmy gotowi na małżeństwo i znaleźliśmy „tego jedynego” czy „tą jedyną”, to chyba nie ma się czym martwić. Wystarczy uzbroić się w siłę, cierpliwość i… miłość.

Złote rady
Na koniec przytoczę kilka rad, które daliby młodym ludziom stojącym u progu nowego etapu w w życiu  pytani przeze mnie małżonkowie:

1. Pamiętaj, że miłość i małżeństwo to wielkie wyzwanie, ale nie jesteś w nim samotny. (Karol, 22 lata, został mężem mając 19 lat)

2. Nie ma jednej idealnej rady. Chyba ciesz się całą sobą, bo to szczęśliwy i wspaniały dzień dla  
Ciebie i Twojej drugiej połówki. (Magdalena, 22 lata, została żoną mając 19 lat)

3. Trzeba chociaż rok razem mieszkać. (Aleksandra, 45 lat, została żoną mając 20 lat)

4. Przygotuj się na wiele poświęceń dla dobra małżeństwa. (Kamil, 21 lat, został mężem mając 19 
lat)

5. Żono, dbaj o męża! (Sylwia, 22 lata, została żoną mając prawie 20 lat)

6. Na pewno zastanów się, czy razem z narzeczonym jesteście ze sobą w pełni szczerzy - jeśli 
Sakrament ma być ważny.  A poza tym rozdzielcie między zaufane osoby obowiązki związane z 
organizacją ślubu i wesela, żeby trochę się odciążyć w tych ostatnich dniach przed uroczystością. No 
i najważniejsze: pamiętaj o tym, że nie przygotowujecie się do ślubu i wesela, tylko do małżeństwa - 
tu jest cel i istota. „Wyjątkowy dzień jak z bajki” jest cudowny, ale co nam z niego zostanie, jak 
miesiąc później obudzimy się w domu z gburem, który nawet nie chce zjeść z nami śniadania, bo 
idzie z kumplem na piwo i nie obchodzi go, jak się z tym czujemy. Trzeba przygotować się na 
budowanie relacji przez całe życie, bo ona sama się nie zbuduje. Warto np. umawiać się na 
małżeńskie randki, planować poważniejsze rozmowy, robić sobie niespodzianki i w ogóle walczyć o 
siebie nawzajem. (Katarzyna, 21 lat, została żoną mając 20 lat)

7. Najważniejszy jest kompromis, ustępowanie jeden drugiemu, patrzenie na potrzeby małżonka. 
(Anna, 68 lat, została żoną mając 19 lat)

Te rozmowy, wypowiedzi dały mi niejaki pogląd na sprawę małżeństwa i już wiem, że i ze mną (przynajmniej pod tym względem) i z nimi wszystko jest jak najbardziej w porządku. Każdy ma swój czas na zmianę stanu cywilnego, nadejdzie choć możliwe, że niektórzy nigdy się na nią nie zdecydują. Ważne jest, aby znać dobrze samego siebie i nie traktować ślubu jako konieczności, przymusu czy jednego z elementów listy „do zaliczenia”. Jak przyjdzie ten moment – będziemy wiedzieć. A potem? Wszystko samo jakoś się potoczy. A do rad moich rozmówców dorzuciłabym tylko jedno – wzajemny szacunek.

Marta Szybiak
martamszybiak@gmail.com
zdjęcie: Sofia Vetriak

Status związku: mąż/żona

/ 28 grudnia
Mam 22 lata, studiuję, pracuję, wychowuję samotnie kota. Wydawałoby się, że moje życie podobne jest do codzienności wszystkich moich rówieś...
Wszechświat pełen jest zjawisk, które w swej pięknej oraz potężnej postaci fascynują i przerażają jednocześnie. Większość z nich ciągle pozostaje dla nas zagadką. Zaglądamy więc w głąb kosmosu, licząc na odkrycie jego tajemnic i przedziwnych osobliwości, którymi jest wypełniony. Wsłuchując się w echo Wszechświata, po cichu wierzymy też, że być może gdzieś tam daleko, miliardy kilometrów od Ziemi, jest ktoś, kto tak jak my czeka na „kosmiczne pozdrowienie”.


Wieki temu zadufana w sobie ludzkość ani myślała o kontaktach międzygwiezdnych. Ziemianie byli pewni, że Błękitna Planeta jest centrum Wszechświata. Absolutnie nikt, a już na pewno nie jakiś tam Mikołaj Kopernik ze swoimi heliocentrycznymi „dyrdymałami”, nie był w stanie zachwiać ówczesnym porządkiem świata. Czasy się jednak zmieniły. Geocentryzm poszedł w zapomnienie, a kopernikański przewrót wytyczył nową ścieżkę astronomii. Wędrówka do gwiazd – pełna genialnych pomysłów, fascynujących hipotez i przełomowych odkryć – zaprowadziła ludzkość do ery kosmicznej, w której człowiek zapragnął podbijać Wszechświat. Na drodze stanęła mu jednak potęga niekończącej się przestrzeni. W miarę zdobywania wiedzy na jej temat, ludzkość zaczęła z pokorą ustawiać się we właściwym miejscu kosmicznego szeregu. Dzisiaj zdajemy sobie sprawę z tego, że Błękitna Planeta to tylko drobina w skali ciągle rozszerzającej się przestrzeni. Być może świadomość małości sprawiła, że Ziemianie poczuli się odrobinę samotni w ogromnym Wszechświecie. To zaś zrodziło potrzebę międzygwiezdnych kontaktów i rozpaliło zmysły nie tylko zwolenników UFO, wszelkich teorii spiskowych, twórców i fanów science fiction, ale także naukowców.

Hop, hop, jest tam ktoś?
Szukanie życia w nieskończonym kosmosie może wydawać się szalonym pomysłem. Wbrew pozorom jest to przedmiot poważnych przedsięwzięć naukowych, do których należy program SETI (ang. Search for Extraterrestrial Intelligence). Długofalowy projekt badawczy został powołany do życia, by wyszukiwać sztucznie wytworzone sygnały radiowe lub świetlne emitowane potencjalnie przez obce cywilizacje. Poszukiwania opierają się na technologii, która przechwytuje fale radiowe i zamienia je w dźwięk. To swoiste podsłuchiwanie Wszechświata przez naukowców jest możliwe, dzięki radioteleskopom. Urządzenia te zdolne są odbierać najsłabsze, często stare jak kosmos, fale radiowe przemierzające miliardy lat świetlnych. Analiza takich danych jest pracą żmudną, ponieważ w gąszczu informacji, wiele sygnałów okazuje się fałszywi alarmami – mikrofalówkami czy satelitami. Mimo to, naukowcy są świadomi, że nasłuch radiowy naprawdę ma sens. Dzięki prowadzonym badaniom astronomowie odkryli lub potwierdzili istnienie wielu kosmicznych osobliwości, takich jak pierwsze planety pozasłoneczne znalezione przez prof. Aleksandra Wolszczana. Nasłuchy radiowe przechwytują również kosmiczne sygnały, których pochodzenie 
ciągle stanowi tajemnicę.

Małe Zielone Ludziki
W 1967 roku studentka Jocelyn Bell monitorowała dane rejestrowane przez uniwersytecki radioteleskop w Cambrigde. Placówka zajmowała się badaniem kwazarów, czyli środków aktywnych galaktyk emitujących niezwykle silne fale radiowe. Po tygodniach analiz Bell zauważyła, że część danych nie pasuje do charakterystyki kwazarów – częstotliwość sygnałów była zbyt regularna i za szybka. Studentka wraz z promotorem swojego doktoratu, Antonym Hewishem, nie potrafili wskazać źródła emisji tajemniczych fal. Podejrzenie padło więc na sztucznie wygenerowany impuls od obcej cywilizacji, który żartobliwie nazwano Małymi Zielonymi Ludzikami (ang. Little Green Men). Szybko okazało się jednak, że Jocelyn Bell, pod kierunkiem Hewisha, nie odkryła sygnału od Obcych, ale pierwszy dowód na istnienie pulsarów – niezwykle gęstych gwiazd neutronowych. Mimo że nie była to wiadomość od inteligentnych kosmitów, naukowcy wcale nie czuli się zawiedzeni.


Wow!
W latach 70. XX wieku świat astronomii zawołał z zachwytu „Wow!”. Wszystko dlatego, że w 1977 roku radioteleskop w Ohio odebrał intrygujący impuls z okolic konstelacji Strzelca. Fala niemal wzorowo wpisywała się w wyobrażenia wiadomości, którą mogłaby nadać inteligentna rasa. Cudowność sygnału polegała na tym, że trwała 72 sekundy, jej częstotliwość miała wąskie pasmo i była niezwykle zbliżona do linii wodoru. Jako pierwszy wydruk danych zobaczył dr Jerry R. Ehman, który opatrzył go komentarzem „Wow!”. To właśnie od notki amerykańskiego astronoma wzięła się nazwa kultowego sygnału, który elektryzuje świat nauki już blisko czterdzieści lat. Astronomowie długo kazali czekać na wiarygodne wyjaśnienia. W 2016 roku pojawiła się interesująca teoria głosząca, że sprawczynią całego zamieszania jest wodorowa otoczka jednej z dwóch nieznanych komet, które przelatywały wówczas na obrzeżach Układu Słonecznego. Hipoteza ta, poparta odpowiednimi badaniami, spotkała się jednak z krytyką części naukowców. Sprawa „Wow” pozostaje więc ciągle niezgłębioną tajemnicą i przestrzenią dla teorii spiskowych.

Wiele niewiadomych, mało odpowiedzi
Szybkie błyski radiowe, w skrócie FRB (ang. fast radio burst), to tajemnicze sygnały z odległych zakątków Wszechświata. Są zjawiskiem trudnym do uchwycenia, ponieważ występują pojedynczo i trwają zaledwie kilka milisekund. W związku z tym trudno zlokalizować źródło ich emisji – rejestracja błysków jest najczęściej dziełem przypadku. Z tego powodu naukowcy natrafili na zaledwie kilkanaście FRB, z których tylko jeden przypadek został zlokalizowany. Było to możliwe dzięki temu, że – w przeciwieństwie do poprzedników – sygnał nie był jednorazowy. Odkrycie źródła tajemniczej fali niezwykle zaskoczyło astronomów, ponieważ emisja pochodziła z karłowatej galaktyki. Jest to obiekt niepozorny i słabo widoczny, dlatego podejrzewa się, że jej wyjątkowość kryje się we wnętrzu, w którym cyklicznie musi rozgrywać się istne piekło energetyczne, emitujące tak silne sygnały. To jednak tylko spekulacje, o których trudno nawet mówić w przypadku genezy pozostałych pojedynczych sygnałów. Światełko w tunelu pojawiło się jednak w 2016 roku. Wtedy to australijskie obserwatorium Parkes wraz z innymi placówkami prowadziły nasłuch FRB „na żywo”. Dzięki stworzeniu zbiorowego „ucha” udało się ustalić miejsce emisji, które okazało się być… pustą przestrzenią.

Czas ucieka, samotność czeka
Marzymy o kosmicznych eksploracjach i kontaktach z kosmicznymi sąsiadami, chociaż na Ziemi ciągle istnieją zagadki, których ludzkość jeszcze nie rozwikłała. Nie znamy pełnych możliwości ludzkiego mózgu i wszystkich gatunków żyjących na Ziemi, a mimo to budujemy instrumenty, które już niedługo pozwolą nam zaglądać w atmosfery egzoplanet oddalonych od Błękitnej Planety o biliony kilometrów. Mózg i nieodkryte ziemskie zwierzaki być może będą musiały poczekać, gdy okaże się, że badane obiekty kosmiczne są przyjazne życiu – jego prostym formom lub inteligentnym cywilizacjom. To z pewnością fascynująca perspektywa dla Ziemian, którą prawa fizyki mają jednak w nosie. Ich nieubłagana moc sprawia, że w kwestii poszukiwania kosmicznych sąsiadów musimy się pospieszyć. Dlaczego? Wszechświat ciągle się rozszerza w myśl zasady, że im dalej leżą galaktyki, tym szybciej się od nas oddalają. Wraz z kosmiczną ucieczką wydłuża się emisyjna droga potencjalnych sygnałów, szansa ich odbioru i prawdopodobieństwo nawiązania kontaktu z mieszkańcami Wszechświata. Można z żalem westchnąć, że czas ucieka, samotność czeka. Jako więźniowie praw fizyki, pozostaje nam tylko zastanawiać się, czy ta perspektywa jest dla nas bardziej przekleństwem, czy błogosławieństwem.

Monika Góra
m.gora95@o2.pl

Źródła:
1.      I. Cieślińska: Halo, gdzie wszyscy się podziali?. „Astronomia. Praktyczny przewodnik na wakacje”. Lipiec 2016;
2.      P. Cieśliński: Mamy kłopot. „Astronomia. Karol Wójcicki oprowadza po letnim niebie”. Lipiec 2017;
3.      P. Cieśliński, O. Woźniak: Jak naukowcy siedem razy odkryli kosmitów. „Astronomia. Karol Wójcicki oprowadza po letnim niebie”. Lipiec 2017;
4.      P. Z. Grochowalski: Kosmos na podsłuchu. „Explorer. Świat + Wiedza + Nauka”. Czerwiec 2016;
5.      Jocelyn Bell Burnell (www.starchild.gsfc.nasa.gov/docs/StarChild/whos_who_level2/bell);
6.      P. Rudź: Atlas gwiazd. Warszawa 2015;
7.      S. Shostak: Was it ET on the line? Or just a comet? (www.seti.org/was-it-et-on-the-line-or-just-a-comet).