Sherlock Holmes na tropie spowinowaconych słów po raz kolejny

/ 13 października

Przesiadywanie w bibliotekach (na przykład przed sesją) może źle się skończyć. Albo odkryje się niepokojące niedobory w swojej wiedzy, albo… spostrzeże zaskakujące „więzy krwi” między słowami. Czy wszystkie języki to jedna rodzina?


Lubię wyszukiwać niebanalne rodziny wyrazów. Odnajdywanie pokrewieństwa wydaje mi się zajęciem godnym Sherlocka, dlatego też tym razem zajęłam się detektywistycznym fachem. Wyobraźmy sobie te nagłówki: czy coś łączy lekcję i… negliż? Zaraz się wszystkiego dowiemy!

Lekcja pierwsza
Pierwszym słowem, któremu chciałabym się przyjrzeć, jest lekcja. Temat aktualny, bo zarówno rok szkolny, jak i akademicki powoli dobiegają końca, więc za niedługo po lekcjach nie pozostanie ani śladu. Ale póki co… Podstawowego znaczenia nikomu nie trzeba tłumaczyć, jednak zaskoczeniem (dla niektórych) mogą być kolejne – ‘fragment Biblii czytany w czasie Mszy św.’, ‘jeden z wariantów tekstu’ czy ‘nauczka, strofowanie’ (tym ostatnim chyba jeszcze zdarza się nam posługiwać). Skąd u nas ta lekcja? Można by odpowiedzieć, że to lekcja klasyczna, bo pochodzi z łaciny – lectio oznacza ‘czytanie’. Ta pożyczka (czy to określenie nie jest urocze?) językowa zadomowiła się w polszczyźnie już w okolicach XVII wieku. Ale, co ciekawe, jeśli zajrzy się głębiej, można zobaczyć, że łaciński czasownik lectio wywodzi się od czasownika legere, znaczącego między innymi ‘zbierać, przynosić owoce’ oraz ‘czytać, gromadzić, wnioskować, wybierać, odnosić wrażenie’. Ciekawe, czy uczniowie zgodziliby się z takimi pięknymi opisami lekcji… Do lekcji możemy przyporządkować bardzo dużo niezwykle zróżnicowanych przykładów, które łączy jedno – wspólny pierwiastek, jakim jest łaciński czasownik legere, zachowany w przeróżnych formach gramatycznych – czy to w imiesłowach, czy na przykład w derywatach rzeczownikowych. Warto jeszcze dodać, że wyrazy, które zaraz przytoczę, przejmowaliśmy do języka polskiego z wielu języków i w różnych okresach, ale najwięcej słów mających rdzeń -leg- (czy pochodne: -lig-, -liż-) weszło do polszczyzny w XIX wieku.

Nieoczekiwane zwroty akcji
No dobrze, skoro mamy jakąś teorię, czy też – mówiąc innymi słowy – odrobiliśmy swoją lekcję, idźmy dalej i przyjrzyjmy się przykładom, które są najciekawsze. Słowa takie jak kolekcja, predylekcja, selekcja czy prelekcja zapewne nikogo nie zaskoczą. Lekcja brzmi w nich na tyle wyraźnie, że to żadna sztuka ją tam znaleźć, ale… istnieją i mniej oczywiste wyrazy, na przykład pochodne elekcji (łac. electio ‘wybór’ wywodzi się z eligere ‘wybierać’). Tutaj pojawia się cała rodzina wyrazów: elektor, elekt, elektorski, ale i elita (z franc. élite ‘wybór, wybrańcy’), elitarny czy elitaryzm. Równie interesujący wydaje się intelekt – pochodzący oczywiście z łac. intellectus od intelligere, znaczącego ‘wybierać, rozumieć, znać’. Natomiast prefiks inter (intel), znany nam z wielu wyrazów, takich jak na przykład interdyscyplinarny, oznacza ‘wpośród, między’, ‘wzajemny’.

Jeśli wrócimy do dawniejszego rdzenia legere, bez problemu odnajdziemy genezę legendy – z łac. legenda – forma pochodzi od słowa legendum, oznaczającego ‘to, co należy przeczytać’, a tutaj widzimy już powiązanie ze znaczeniem słowa legere – ‘wybierać, czytać’. Warto dodać, że legendy były opowieściami o życiu bohaterów, świętych, męczenników, ale wcześniej w XVI w. tego słowa używano na określenie czytań kościelnych. Co jeszcze może nas zaskoczyć? Lekcja ma także dalszych krewnych, do których należy… legia (ale nie ta, która może przyszła Wam do głowy). Łacińskie legio, legionis znaczyło ‘wybór, wojsko wyborowe’, a w polszczyźnie patrzyliśmy na legię przez pryzmat historii – w znaczeniu jednostka wojska rzymskiego – albo przenośnie, mając na myśli wielką liczbę, mnogość. W tej rodzinie znajdzie się również znany nam lektor (z łac. lector), czyli ‘czytający, wykładowca’, czy inne spokrewnione z nim słowa – lektorium, lektorka czy lektura (z łac. lectura ‘czytanie’ od legere ‘czytać’, ‘to, co się czyta’).

Kto by się spodziewał…
Na koniec zostawiłam najbardziej zaskakujące (przynajmniej dla mnie) przykłady. Konia z rzędem temu, kto powie, co na płaszczyźnie języka łączy lekcję i… ligninę. Okazuje się, że całkiem sporo – lignina, czyli wata drzewna, jest zapożyczeniem z łaciny – lignum znaczy ‘drzewo opałowe, chrust’, a to z kolei wywodzi się od znanego nam już legere, czyli ‘wybierać, znosić’. Powiedzmy, że to jeszcze jest do przyjęcia. Ale dla cierpliwych przygotowałam słowo na deser – negliż. Jakoś nie przystaje do tak intelektualnej rodziny, jaką tworzy lekcja i jej krewni, ale jednak znajduje się tam – to akurat pożyczka z francuskiego négligé (od negliger), które Francuzi przejęli, jakże by inaczej, z łaciny – negligere, neglegere (już widać znany rdzeń, prawda?), a dawniej neclegere (od nec – ‘nie’), co oznacza po prostu ‘zaniedbywać’ w znaczeniu ‘swobodny strój poranny albo nocny, niekompletny’.

Wniosek jest krótki i dość oczywisty – każda lekcja może zaskoczyć.

Kamila Kołodziejczyk
kolodziejczyk.kamilaagnieszka@gmail.com

Źródła:
K. Długosz-Kurczabowa: Nowy słownik etymologiczny języka polskiego. Warszawa 2009.


Przesiadywanie w bibliotekach (na przykład przed sesją) może źle się skończyć. Albo odkryje się niepokojące niedobory w swojej wiedzy, albo… spostrzeże zaskakujące „więzy krwi” między słowami. Czy wszystkie języki to jedna rodzina?


Lubię wyszukiwać niebanalne rodziny wyrazów. Odnajdywanie pokrewieństwa wydaje mi się zajęciem godnym Sherlocka, dlatego też tym razem zajęłam się detektywistycznym fachem. Wyobraźmy sobie te nagłówki: czy coś łączy lekcję i… negliż? Zaraz się wszystkiego dowiemy!

Lekcja pierwsza
Pierwszym słowem, któremu chciałabym się przyjrzeć, jest lekcja. Temat aktualny, bo zarówno rok szkolny, jak i akademicki powoli dobiegają końca, więc za niedługo po lekcjach nie pozostanie ani śladu. Ale póki co… Podstawowego znaczenia nikomu nie trzeba tłumaczyć, jednak zaskoczeniem (dla niektórych) mogą być kolejne – ‘fragment Biblii czytany w czasie Mszy św.’, ‘jeden z wariantów tekstu’ czy ‘nauczka, strofowanie’ (tym ostatnim chyba jeszcze zdarza się nam posługiwać). Skąd u nas ta lekcja? Można by odpowiedzieć, że to lekcja klasyczna, bo pochodzi z łaciny – lectio oznacza ‘czytanie’. Ta pożyczka (czy to określenie nie jest urocze?) językowa zadomowiła się w polszczyźnie już w okolicach XVII wieku. Ale, co ciekawe, jeśli zajrzy się głębiej, można zobaczyć, że łaciński czasownik lectio wywodzi się od czasownika legere, znaczącego między innymi ‘zbierać, przynosić owoce’ oraz ‘czytać, gromadzić, wnioskować, wybierać, odnosić wrażenie’. Ciekawe, czy uczniowie zgodziliby się z takimi pięknymi opisami lekcji… Do lekcji możemy przyporządkować bardzo dużo niezwykle zróżnicowanych przykładów, które łączy jedno – wspólny pierwiastek, jakim jest łaciński czasownik legere, zachowany w przeróżnych formach gramatycznych – czy to w imiesłowach, czy na przykład w derywatach rzeczownikowych. Warto jeszcze dodać, że wyrazy, które zaraz przytoczę, przejmowaliśmy do języka polskiego z wielu języków i w różnych okresach, ale najwięcej słów mających rdzeń -leg- (czy pochodne: -lig-, -liż-) weszło do polszczyzny w XIX wieku.

Nieoczekiwane zwroty akcji
No dobrze, skoro mamy jakąś teorię, czy też – mówiąc innymi słowy – odrobiliśmy swoją lekcję, idźmy dalej i przyjrzyjmy się przykładom, które są najciekawsze. Słowa takie jak kolekcja, predylekcja, selekcja czy prelekcja zapewne nikogo nie zaskoczą. Lekcja brzmi w nich na tyle wyraźnie, że to żadna sztuka ją tam znaleźć, ale… istnieją i mniej oczywiste wyrazy, na przykład pochodne elekcji (łac. electio ‘wybór’ wywodzi się z eligere ‘wybierać’). Tutaj pojawia się cała rodzina wyrazów: elektor, elekt, elektorski, ale i elita (z franc. élite ‘wybór, wybrańcy’), elitarny czy elitaryzm. Równie interesujący wydaje się intelekt – pochodzący oczywiście z łac. intellectus od intelligere, znaczącego ‘wybierać, rozumieć, znać’. Natomiast prefiks inter (intel), znany nam z wielu wyrazów, takich jak na przykład interdyscyplinarny, oznacza ‘wpośród, między’, ‘wzajemny’.

Jeśli wrócimy do dawniejszego rdzenia legere, bez problemu odnajdziemy genezę legendy – z łac. legenda – forma pochodzi od słowa legendum, oznaczającego ‘to, co należy przeczytać’, a tutaj widzimy już powiązanie ze znaczeniem słowa legere – ‘wybierać, czytać’. Warto dodać, że legendy były opowieściami o życiu bohaterów, świętych, męczenników, ale wcześniej w XVI w. tego słowa używano na określenie czytań kościelnych. Co jeszcze może nas zaskoczyć? Lekcja ma także dalszych krewnych, do których należy… legia (ale nie ta, która może przyszła Wam do głowy). Łacińskie legio, legionis znaczyło ‘wybór, wojsko wyborowe’, a w polszczyźnie patrzyliśmy na legię przez pryzmat historii – w znaczeniu jednostka wojska rzymskiego – albo przenośnie, mając na myśli wielką liczbę, mnogość. W tej rodzinie znajdzie się również znany nam lektor (z łac. lector), czyli ‘czytający, wykładowca’, czy inne spokrewnione z nim słowa – lektorium, lektorka czy lektura (z łac. lectura ‘czytanie’ od legere ‘czytać’, ‘to, co się czyta’).

Kto by się spodziewał…
Na koniec zostawiłam najbardziej zaskakujące (przynajmniej dla mnie) przykłady. Konia z rzędem temu, kto powie, co na płaszczyźnie języka łączy lekcję i… ligninę. Okazuje się, że całkiem sporo – lignina, czyli wata drzewna, jest zapożyczeniem z łaciny – lignum znaczy ‘drzewo opałowe, chrust’, a to z kolei wywodzi się od znanego nam już legere, czyli ‘wybierać, znosić’. Powiedzmy, że to jeszcze jest do przyjęcia. Ale dla cierpliwych przygotowałam słowo na deser – negliż. Jakoś nie przystaje do tak intelektualnej rodziny, jaką tworzy lekcja i jej krewni, ale jednak znajduje się tam – to akurat pożyczka z francuskiego négligé (od negliger), które Francuzi przejęli, jakże by inaczej, z łaciny – negligere, neglegere (już widać znany rdzeń, prawda?), a dawniej neclegere (od nec – ‘nie’), co oznacza po prostu ‘zaniedbywać’ w znaczeniu ‘swobodny strój poranny albo nocny, niekompletny’.

Wniosek jest krótki i dość oczywisty – każda lekcja może zaskoczyć.

Kamila Kołodziejczyk
kolodziejczyk.kamilaagnieszka@gmail.com

Źródła:
K. Długosz-Kurczabowa: Nowy słownik etymologiczny języka polskiego. Warszawa 2009.

kontynuuj

Gigantyczne sumy transferowe. Miliony wydawane na kampanie marketingowe. Bilbordy, plakaty, reklamy czy wywiady sponsorowane. Raczej nikt, kto przeczytał dwa pierwsze zdania, nie pomyślał, że może chodzić o sport. Niestety, tak właśnie wygląda ta druga strona medalu. Tam, gdzie nie liczą się umiejętności sportowe, tylko pieniądze!


Nie ma w sporcie takiego określenia jak „sezon ogórkowy”. Wydarzeń sportowych jest tak dużo, że miłośnik dyscyplin „wszelakich” zawsze znajdzie coś dla siebie. Jak nie letnie Igrzyska Olimpijskie, to zimowe. Jak nie Mistrzostwa Świata, to Mistrzostwa Europy. Jak nie Liga Mistrzów, to Liga Europy. Jak nie siatkówka, to piłka nożna. Jak nie skoki narciarskie, to lekka atletyka. Do koloru, do wyboru. Co kto lubi. Jednak za tymi wszystkimi wydarzeniami sportowymi, które przynoszą tyle emocji, stoją  także sponsorzy i ich pieniądze. Niestety.

Pieniądz robi pieniądz
Z roku na rok mam coraz większe wrażenie, że gdyby w sporcie nie było sponsorów, a każdy klub dostawałby takie same pieniądze na rozwój, to mielibyśmy coraz wyższy, a nie coraz niższy poziom. Prawie w każdej dyscyplinie sportowej można zaobserwować gigantów – czyli kluby, które swoim budżetem przebijają o głowę, jak nie wyżej, inne kluby i z którymi wygrać się nie da (nie chodzi tutaj tylko o wynik sportowy). W polskiej piłce nożnej to Legia Warszawa, w niemieckiej Bayern Monachium. W rosyjskiej męskiej siatkówce to Zenit Kazań. Natomiast w piłce ręcznej to PGE Vive Kielce. Wymieniać mogłabym tak jeszcze długo, ale nie o to w tym teksie chodzi.

W sportowym świecie takie marki jak LOTOS, PGE, Tauron, Red Bull, Plus czy Orlen są każdemu dobrze znane. Kolejność tych nazw jest przypadkowa, ale gdybym poprosiła o dopasowanie firmy do dyscypliny sportowej czy danego klubu większość raczej nie miałaby z tym problemu. Oprócz bander reklamowych na stadionach czy halach oraz napisów na koszulkach zawodników, dzięki którym wiemy, jakie firmy sponsorują dany klub, zyskały one także ogromną popularność. Ich wizerunek poszybował wysoko w górę, marka stała się prestiżowa i popularna, a sprzedawane przez nie produkty czy usługi droższe. 

Oprócz klubów sportowych, które pozyskują sponsorów (co, umówmy się, nie jest najgorszą rzeczą na świecie), coraz częściej najlepsi zawodnicy w swoich dyscyplinach podpisują kontrakty reklamowe z firmą X. W świecie Instagrama i hasztagów wystarczy wpisać w wyszukiwarkę odpowiednią frazę i wiemy, jaki sportowiec współpracuje z dana firmą. Nie jest przypadkiem, dlaczego Ewa Chodakowska ubiera się od stóp do głów w ubrania firmy Adidas, a Anna Lewandowska w ubrania firmy Nike.

Jak nie wiadomo o co chodzi – chodzi o pieniądze
W sporcie wszystko się zmienia. Każdy nowy sezon przynosi nowe rozwiązania. Kiedyś nikt by nie pomyślał w siatkówce o video weryfikacji. Dzisiaj na polskich parkietach jest to normalne. I to zasługa właśnie zainwestowanych w ten system pieniędzy. Innym przykładem może być dobry sprzęt, w jaki może się wyposażyć klub, który pozyskał bogatego sponsora. Pieniądze można także przeznaczyć na dobre pensje dla najlepszych lekarzy czy fizjoterapeutów. Dlatego nie powiem, że wszystko co złe to przez pieniądze. Jednakże uważam, że gdzieś zaczynamy tracić w tym wszystkim zdrowy rozsądek. Piłkarz, który jest wyceniany na miliony euro za to, że potrafi „kopnąć” piłkę to moim zdaniem lekka przesada. Piłkarz to nie lekarz. Życia nie uratuje. A jednak to oni dostają większe pieniądze. Tak właściwie, to za co? W erze wielkich pieniędzy zaczynają tracić na znaczeniu umiejętności zawodnika, a także zdrowa, sportowa rywalizacja.

Rozumiem sportowców, którzy jak na normalnych ludzi przystało, chcą zarabiać. Jednakże w sporcie powinno chodzić o coś więcej. O możliwość podnoszenia swoich umiejętności. O sprawdzenie się z samym sobą. Nie pomagają w tym niebotyczne sumy, za jakie zgadzają się przejść do klubów kosztem „grzania” ławki rezerwowych. Przykład Grzegorza Krychowiaka pokazuje, jak łatwo jest spaść ze szczytu. I jak ciężko na niego wrócić.

Nie potępiam także tych, którzy swoimi umiejętnościami zapracowali sobie na zainteresowanie reklamodawców. Jednakże odnoszę wrażenie, że niedługo niektórzy zawodnicy będą reklamować wszystko. Od ubrań i kosmetyków, przez sprzęt technologiczny, kończąc na jedzeniu. Nie biorąc pod uwagę, czy to, co reklamują, jest zgodne z tym, jak kreują siebie w mediach.

To po części sami kibice sportowi nakręcają popyt na to, aby sportowcy brali udział w reklamach. Kupują rzeczy promowane przez zawodników, wierząc, że jeżeli reklamuje to ich ulubiony sportowiec, to na pewno jest to wartościowe, bez sprawdzenia czy to prawda. To kibice zgadzają się kupować bilety za ceny, które wykraczają daleko poza ramy przyzwoitości. To właśnie przeciętny Kowalski uważa, że „piłkarzowi się należy”. Należy się także strażakom, policjantom, naukowcom czy mechanikom. A jednak nie dostają takich wynagrodzeń, tylko sportowcy, w główniej mierze piłkarze, dostają sumy, o jakich my raczej przez całe życie będziemy tylko marzyć. A właściwe to dlaczego? Czy w sporcie nie powinno chodzić o coś więcej? Nie tylko o hajs?

Dagmara Krok
dagmarakrok94@gmail.com


Źródła:
1.      Polskie firmy wydały na sponsoring sportu ponad 832 mln zł. Liderami spółki energetyczne i paliwowe, https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ile-polskie-firmy-wydaja-na-sponsoring-sportu [dostęp: 4.06.2018].
1.      Robert Lewandowski w reklamie Coca-Coli Zero Cukru: słuszny wybór czy marketingowa rysa na wizerunku sportowca? (opinie), https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/robert-lewandowski-w-reklamie-coca-coli-zero-sluszny-wybor-marketera-czy-marketingowa-rysa-na-wizerunku-sportowca-opinie [dostęp: 4.06.2018].

Źródło zdjęcia: pexels.com

Hajs się musi zgadzać

/ 13 października
Gigantyczne sumy transferowe. Miliony wydawane na kampanie marketingowe. Bilbordy, plakaty, reklamy czy wywiady sponsorowane. Raczej nikt,...
Co dwa lata bielski Teatr Lalek Banialuka organizuje Festiwal Sztuki Lalkarskiej. W tym roku odbyła się już XXVIII edycja. Jako że kierunek studiów i specjalizacja zobowiązują mnie do znajomości różnych widowisk kulturowych, wybrałam się na dwa spektakle prezentowane w ramach Festiwalu. Nie sądziłam, że ta odmiana teatru, kojarzona przeze mnie do tej pory z dziećmi, może zaczarować i zachwycić do takiego stopnia.

Spektakl, o którym chciałabym opowiedzieć, był wystawiany przez portugalską grupę Teatro de Marionetas do Porto, a konkretnie – trójkę aktorów: Micaelę Soares, Rui Queiroz de Matosa oraz Vitora Gomesa, którzy przedstawieniem pozbawionym słów potrafili opowiedzieć historię życia, śmierci i wspomnień bez bólu.

Dziwny chłopiec bez twarzy
Kitsune, bo tak brzmi tytuł sztuki autorstwa Júlia Vanzelera, opowiada o dziwnym chłopcu wędrującym lasem, podziwiającym naturę, a w końcu odwiedzającym pewną starą kobietę. Dlaczego dziwnym? Ze względu na jego wygląd – nie ma ust, ma za to „maskę”, która pod koniec przedstawienia okazuje się drzwiami w głowie bohatera.



Pierwsze sceny spektaklu są całkowicie pozbawione udziału lalek. Grają tylko aktorzy, przędąc niewidzialną nić, a później już używając namacalnej włóczki w czerwonym kolorze. W pierwszym momencie pojawienia się głównego bohatera na scenie, widzimy go bawiącego się i obserwującego białego gołębia, który przewiązany jest nicią. Moment, w którym aktorka ją przecina, podpowiada, że symbolizowała życie ptaka i daje widzom pewną wskazówkę, kim są aktorzy. Biorąc pod uwagę grających, ich liczbę (czyli 3), oraz motyw przecinania nitki, można wysnuć wniosek, że przypominają mitologiczne Mojry, strzegące każdego z nas – rozcięcie linii będącej symbolem życia oznacza śmierć. A kim jest sam chłopiec? O tym za chwilę.

Kitsune
Kolejne sceny to droga naszego bohatera do domu pewnej kobiety. Chłopiec zostaje przez nią poczęstowany zupą, a my jako widzowie jesteśmy świadkami retrospekcji – widzimy kobietę za jej młodych lat w dniu pierwszego spotkania z tajemniczym chłopcem z ptasim dziobem – być może jej ukochanym? Kobieta kładzie się spać, główny bohater podchodzi do niej, a nad siwą głową pojawia się biały lis, dryfujący w powietrzu. I tutaj dopiero mamy nawiązanie do samego tytułu, ponieważ kitsune to po japońsku nic innego jak lis.



Te zwierzęta w kulturze Japonii mają niezwykłe znaczenie – mogą przybierać dobrą postać (zenko) oraz dziką i złośliwą (yako). Występujący w przedstawieniu lis zdecydowanie należał do pierwszej grupy, a poznać to możemy głównie po jego kolorze.

Japońskie podania przedstawiają historie kitsune, które przybierały ludzką postać, głównie po to, by strzec ludzi, pomagać im i chronić, a także by  odwdzięczyć się za jakąś przysługę. Przypuszczalnie kobieta była takim lisem, który dawno temu zmienił się w człowieka i teraz, pod koniec życia może przerodzić się z powrotem w zwierzę. Inna interpretacja tej sceny zakłada, że lis jest po prostu uosobieniem duszy bohaterki, która była dobra i czysta. Wydaje mi się, że ta druga teoria jest trafniejsza, zwłaszcza że chłopiec zabiera lisa, chowając go w otworze swojej twarzy, a następnie wypuszcza w lesie. Po tej scenie aktorzy znowu przeradzają się w prządki, zamykając całość spektaklu klamrą.



Podaj rękę śmierci
Tożsamość chłopca pod koniec wydaje się dosyć jasna – jest uosobieniem śmierci. Nie jest to jednak śmierć gwałtowna, smutna, niesprawiedliwa. Kobieta była na nią przygotowana. Wiedziała, że pewnego dnia odwiedzi ją taki gość, przygotowała się więc na tę wizytę. Opis zamieszczony na stronie internetowej Festiwalu jest podpowiedzią, jak należy odczytać to przedstawienie:

„Śmierć została zapomniana. W zawrotnym tempie każdego dnia, w odejściu od natury – szczególnie w dużych aglomeracjach – ukrywamy ją. Mimo że jest nieunikniona, nieustannie bywa odkładana – pozornie. W dużych miastach coraz więcej ludzi umiera w samotności. Kiedy rozmyślamy o śmierci, nasze myśli nieuchronnie kierują się ku życiu. Co to znaczy być żywym? Wracamy do dawnego rytuału odnajdowania i akceptowania śmierci jako naturalnej kolei losu. Nasze przedstawienie jest pochwałą życia; powrotu do prostoty; zabawy; miłości; przyjemności odnajdowanych w małych, codziennych obowiązkach; wspominania bez żalu; spokoju. Ale także zgody na pożegnanie. Spójrz śmierci w oczy, poczęstuj ją gorącą zupą i podaj jej rękę”.

Wydaje mi się, że nawet bez tego opisu morał był jasno przedstawiony.

Kukiełki z duszą
Jednak tym, co szczególnie mnie zachwyciło w tym spektaklu, był aspekt wizualny – osobliwe lalki, niesamowity pogląd na to, jak może wyglądać śmierć, a także to, jak grali sami aktorzy. Byli jednością z kukiełkami. Posługiwali się nie tylko ruchem, ale także mimiką. Patrząc na ich twarze wyobrażaliśmy sobie, że to lalki okazują emocję. Mimo, że nie było iluzji braku czynnika ludzkiego, a wręcz mieliśmy do czynienia z deziluzją, czuło się, że to właśnie lalki są żywe, że to w nie na ten moment wstąpiła dusza użyczona im przez zespół teatralny.



Kitsune jest połączeniem wielu kultur – od Grecji, przez Japonię czy Portugalię, aż do uniwersalnej prawdy o przemijalności życia. Śmierć jest trudnym tematem dla wielu z nas. Może jednak takie podejście do niej jest właściwe? Jako do gościa, który zawsze jest zapowiedziany, ale nigdy nie wiadomo na którą godzinę. Jako do kogoś, kogo każdy z nas się spodziewa, szczególnie w latach starości. Żyjmy więc tak, aby w momencie, gdy zapuka do naszych drzwi, mieć co wspominać, by towarzyszące nam myśli mogły być przepełnione ciepłem, a nie trwogą. A później pozwólmy odprowadzić się tam, gdzie wszystko się zaczęło i gdzie się skończy. Gdzie? Dowiemy się w odpowiednim momencie.

Tych, którzy chcieliby zobaczyć chociaż namiastkę tego przedstawienia, odsyłam do YouTube, gdzie można zobaczyć dziesięciominutowy skrót:
https://www.youtube.com/watch?v=Ti4SSn8lj2Q
Zdjęcia: archiwum Teatru Lalek Banialuka, fot. Iwona Wilczek (proszę o podpisanie źródła także przy tworzeniu posta na Facebooku, można też oznaczyć teatr )

Marta Szybiak
martamszybiak@gmail.com

Źródła:
1.      A. Krochmal: Kitsune – japońskie lisy, (http://japonia-online.pl/article/399);
2.      http://www.festiwal2018.banialuka.pl/kitsune.

W wielu znanych produkcjach filmowych i telewizyjnych występuje charakterystyczny bohater – niechętny kontaktom towarzyskim, zachowujący się rutynowo, ale i mający genialny umysł. Aby stworzyć intrygującego bohatera, reżyserzy wybierają cechy przypisane chorobie, która zwie się zespołem Aspergera.


Zespół Aspergera nazywany jest najłagodniejszą odmianą autyzmu. To zaburzenie rozwoju o podłożu neurologicznym, którego przyczyny jeszcze nie są w pełni znane, jednak może być ich wiele. Osoby cierpiące na tę chorobę znajdują się w normie intelektualnej, choć zazwyczaj są też dodatkowo utalentowane. Zespół Aspergera mają częściej mężczyźni niż kobiety, i zobaczymy również tę zależność w wymienionych niżej produkcjach. Wielu bohaterów w filmach czy serialach ma jedynie cechy podobne do Aspergera, choć zdarzają się również zdiagnozowani aspergerowcy. Pomaga to w kreacji postaci, która swoją osobą zainteresuje publiczność. W artykule przytoczę jedynie cechy bohaterów, które wiążą się z tą chorobą, a zatem  nie będę ich opisywać całościowo. Zacznijmy od popularnego serialu Sherlock.

Sherlock Holmes jest geniuszem, który posiada różnego typu dziwactwa. Jest bystry i inteligentny, nadzwyczaj utalentowany w badaniu morderstw i wszystkich aspektów z nimi związanych  – chemicznych reakcji organizmu po śmierci, badaniu przedmiotów z miejsca zbrodni, dostrzeganiu powiązań między zdarzeniami, które są dla innych niedostrzegalne i tak dalej. Podczas wykonywania swojego hobby, czyli odkrywania przyczyn morderstw, jest bardzo w nie zaangażowany. Gdy ktoś mu przeszkodzi w rozmyślaniach nad sprawą, robi się nerwowy, traci kontakt z rzeczywistością. „Milczeć, nie mówić, nie ruszać się, nie oddychać” – mówi do policjantów, gdy stara się rozwiązać sprawę; nie obchodzą go reakcje innych. Hobby pochłania go całkowicie. To jego mania, a gdy ją uprawia, znajduje się jakby w stanie amoku, ponieważ „żyje” swoim zainteresowaniem. Jest nietaktowny, brak w nim empatii, co widzimy gdy cieszy się z kolejnych morderstw, które dadzą początek nowej zagadce. Jest typem samotnika, nie stara się nawiązywać relacji, jeśli nie wiążą się z drogą do osiągnięcia któregoś z celów. Jego geniusz wynika również z tego, że zauważa wszelkie zmiany w otoczeniu, odbiegające od codziennej normy, na przykład gdy wyjątkowo Molly pomalowała usta szminką, od razu zapytał o przyczynę tego zachowania. Innym przykładem jest scena, w której przyjaciele przeszukują jego pokój, a potem dokładnie odkładają rzeczy na miejsce. Kiedy mężczyzna wraca do mieszkania, nie wiedząc o tym, co się wydarzyło, momentalnie zauważa różnice i domyśla się co zaszło. Wróćmy jeszcze do sceny z Molly – później kobieta zadaje bohaterowi pytanie, czy ma ochotę na kawę (w domyśle randkę). Sherlock nie zauważa drugiego dna poza samym znaczeniem pytania, dlatego odpowiada, że chętnie napiłby się czarnej kawy, z dwoma łyżeczkami cukru. Niezauważanie podtekstów, ale i wszelakich metafor, jest typowe dla aspergerowców, choć z czasem mogą się ich nauczyć dzięki czytaniu dużej ilości książek i studiowaniu języka. Spostrzegliście, że detektyw woli pisać SMS-y niż dzwonić? Prosi innych o telefon, mimo iż ma obok siebie stacjonarny. Jednak woli unikać rozmów. U chorych wiąże się to z tym, że nie potrafią odnaleźć się w sytuacji rozmowy telefonicznej – nie wiedzą kiedy trzeba się odezwać, jak w danym momencie zareagować i tak dalej.

Podobnym bohaterem jest Sheldon z Teorii wielkiego podrywu. Reakcje typowe dla jego postaci fani nazywają „sheldonyzmem”, jednak zapewniam, że i tutaj kryje się trochę Aspergera. Mężczyzna jest genialnym naukowcem w dziedzinie fizyki, który nie odnajduje się w relacjach społecznych. Cykl odcinków otwiera scena, w której Sheldon wraz z ze swoim współlokatorem Leonardem znajdują się w banku spermy. Od razu widać, że bohater unika kontaktu wzrokowego, rzuca dziwaczne spojrzenia, które nie wynikają ze wstydliwości. Aspergerowcy nie potrzebują kontaktu wzrokowego, ponieważ to dla nich nienaturalne i wolą skupić się na temacie rozmowy, ale także dlatego, że nic z niego nie odczytują. Gdy mężczyźni decydują się opuścić bank spermy, Sheldon pyta jaki jest protokół wyjścia (zazwyczaj regulaminy zna na pamięć). Sztywne trzymanie się zasad i przepisów jest typowym zachowaniem dla aspergerowców, a nieprzestrzeganie ich przez innych wiążę się z gwałtowną reakcją, nie są w stanie tego zaakceptować. Sheldon ma duże problemy z interakcją społeczną. Nie potrafi odczytać mowy ciała, mimiki, tonu głosu – ogólnie emocji. Między innymi przez to posiada mały krąg znajomych i odczuwa niechęć w nawiązywaniu nowych relacji. Aspergerowcy wolą zawierać znajomości przez internet i w tym środowisku pozostać. Jak pisze Schrödinger , sieć to „wymarzone miejsce kontaktów dla ludzi, którzy mają problemy z mówieniem i gestami”. Można to zauważyć w rozmowie Sheldona z Leonardem:

„– W Myspace mam 212 przyjaciół.
– Żadnego z nich osobiście nie znasz.
– I to jest piękne.”

Ponadto Sheldon nie odnajduje się w sytuacjach wymagających obycia społecznego. Na przykład gdy przedstawia się nowej sąsiadce Penny, opowiada o tym, że jego przyjaciel nie toleruje laktozy w jedzeniu. Podczas dawania prezentów jest zrozpaczony, ponieważ to trudna dla niego sytuacja, wymagająca kupienia podarunku w podobnej cenie do tego, który otrzyma, adekwatnego do relacji między nim a osobą obdarowaną i tak dalej. Ludzie nie lubią go również dlatego, że jego język trudno zrozumieć. Często w rozmowach codziennych nadużywa formuł typowych dla swojej dziedziny nauki, myśląc, że wszyscy powinni doskonale je rozumieć. Jednak zdarzyła się sytuacja, w której Sheldon chciał zaprzyjaźnić się kimś z własnej inicjatywy. Był to współpracownik, udostępniający sprzęt do badań jedynie bliskim znajomym. Bohater chciał skorzystać z aparatury. W ramach nawiązania relacji, a tak naprawdę osiągnięcia celu, wydzwaniał do mężczyzny i nieudolnie wypytywał go o to co lubi robić, jednocześnie negując jego zainteresowania. Sheldon na podstawie książki dla dzieci, z historyjką zwierzątek próbujących się zaprzyjaźnić, postanawia ułożyć plan działania z instrukcją jak ma postępować. W końcu udaje się nawiązać prawie pozytywną relację z współpracownikiem, ale gdy dowiaduje się, że możliwość korzystania ze sprzętu do badań wyznacza zarząd, to momentalnie z niej rezygnuje. Poza tym Sheldon posiada własne rytuały, których zburzenie będzie katastrofalne. Ma ulubione miejsce na kanapie, nosi piżamy odpowiednie do dni tygodnia, a piątki to zawsze wieczory gier. Gdy Penny zatrzasnęły się drzwi mieszkania, nocuje u przyjaciół, tym samym burząc poranny zwyczaj Sheldona, który w każdą sobotę o 6:15 wstaje i robi sobie płatki z  mlekiem 2%, a potem idzie zjeść je na kanapie i ogląda serial. Kiedy miejsce jest zajęte przez Penny, wzbudza to w mężczyźnie dezorientację i protest. Nie akceptuje zmian. Kolejnym dowodem na tę przypadłość jest sytuacja, w której Leonard przez 2 lata okłamywał przyjaciela odnośnie do istnienia jego ulubionej knajpy. Budynek splajtował, dlatego Leonard za każdym razem, gdy był wieczór zamawiania jedzenia z tego punktu, przyklejał nalepki z logiem na opakowanie jedzenia z innej firmy, które kupował i trzymał w bagażniku. Kiedy Sheldon dowiedział się, że knajpa upadła, doznał szoku. Nie mógł również znieść faktu, że lokatorzy mieszkający piętro wyżej wyprowadzają się. Cierpiał, ponieważ byli cisi i mu nie przeszkadzali. Również dlatego, że nigdy nie próbowali się z nim zaprzyjaźnić, za to nowi mieszkańcy mogą chcieć to zrobić. Jak to określił: „wbrew przekonaniu zmiana nigdy nie jest dobra”. Bohater znany jest również z tego, że nie potrafi kłamać. Kiedy Leonard przy nim skłamał, bohater starał się podtrzymać łgarstwo, tworząc sieć pomniejszych kłamstw, nadzwyczaj się nimi przejmując. Nie mógł przez tę sytuację spać w nocy. Aspergerowcy zawsze są szczerzy, lub jeśli kłamią, to robią to bardzo nieudolnie. Szczerości oczekują także od innych, co może sprawić, że są naiwni, ponieważ wierzą, że ludzie mówią im prawdę.

Kolejnym przykładem bohatera serialowego jest detektyw Monk, który ma zdiagnozowanego Aspergera, o czym dowiadujemy się w dalszej części serialu. Został przedstawiony jako mężczyzna z nerwicą natręctw, ale i z talentem do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Czołówka serialu zawiera poranne zwyczaje Monka, takie jak: zalanie szczoteczki wrzątkiem, umycie zębów, przetarcie kącików ust chusteczką. Wyciągnięcie skarpetek ze szczelnie zamkniętej torebki, odkurzanie, wzięcie garnituru z szafy pełnej takich samych ubrań. Nitkowanie zębów, wyjście, wrócenie, aby poprawić parasolkę, wyjście. Kiedy znajduje się na dworze, musi dotknąć każdego mijanego słupa, nawet wtedy, gdy ucieka przed kierowcą, który chce go przejechać. Przy wejściu do pomieszczenia poprawia każdą rzecz, która według niego nie leży na właściwym sobie miejscu, jest pognieciona lub brudna. Przy podaniu komuś ręki zawsze potem wyciera ją chusteczką, ponieważ wszędzie dostrzega zarazki. Jedzenie trzyma w szczelnych pojemnikach, które są posegregowane między innymi według koloru składników znajdujących się wewnątrz. Natomiast w pracy jest geniuszem o doskonałej pamięci i zdolności wiązywania ze sobą faktów doprowadzających do wyjaśnienia zbrodni.

Ostatnim bohaterem, którego opiszę, jest Alan Turing z filmu Gra tajemnic. W postać wciela się Benedict Cumberbatch, który grał serialowego Sherlocka Holmesa. Bohaterowie wydają się podobni. Obaj są geniuszami, którzy mają swoje dziwactwa, jednak w pewnych kwestiach różnią się od siebie. Powodem jest to, że Alan ma Aspergera, a nie tylko niektóre jego cechy, tak jak Sherlock. Jak już wiemy, osoby z tą chorobą są zazwyczaj dodatkowo utalentowane. Jeśli chodzi o dziewczynki, często posiadają one talent humanistyczny, natomiast chłopcy przeważnie wykazują duże zdolności matematyczne. Tak jest i tutaj – Alan to geniusz matematyczny, który uwielbia rozwiązywać łamigłówki. W wieku 24 lat został wykładowcą, jednak kiedy określa się go mianem cudownego dziecka, stwierdza: „Newton miał 22 lata, gdy sformułował wzór dwumianowy, Einstein miał 26, gdy napisał artykuły, które zmieniły świat”. W toczonej dyskusji widoczne jest to, że Alan nie wyczuwa dowcipów i traktuje je poważnie, a metafor nie wychwytuje. We wcześniejszej scenie, po wyjściu policjanta z domu bohatera, do którego ktoś się włamał, funkcjonariusz podejrzewa go o jakąś zbrodnię lub wykroczenie, ponieważ „zachowywał się dość sztucznie”, a jego wypowiedzi uznał za obraźliwe, mimo iż Alan nie miał tego na celu. Kiedy dostaje pracę nad rozszyfrowaniem Enigmy, nie chce pracować w zespole. Jednak musi w nim być, a to sprawia mu widoczną trudność. Przykładowo w momencie, kiedy współpracownicy mają zamiar udać się na przerwę, mówią do niego „idziemy na lunch”, mając na myśli, żeby szedł z nimi. Zrozumiał to dopiero, kiedy jeden  z kolegów przekształcił stwierdzenie w pytanie. Wtedy Alan zapytał w jakim czasie jest przerwa na lunch – widać tu ścisłe trzymanie się reguł. Dosłownie potraktował również wypowiedź dowódcy. Alan pytając o fundusze na własną maszynę dostał odpowiedź odmowną, ponieważ nie zgodził się na to kierujący jego zespołem. Musi on „wykonywać rozkazy dowódcy”. Alan pyta kto jest jego dowódcą, na co dostaje w odpowiedzi nazwisko Churchilla i jego adres, oczywiście w tonie kpiarskim. Wynikiem tej rozmowy jest napisanie przez naukowca listu do Churchilla. W filmie pokazane są sceny, w których Alan był chłopcem – wtedy inne dzieci znęcały się nad nim, choć z niektórymi starał się zakolegować. W dorosłym życiu ma problemy z nawiązywaniem relacji głównie przez to, że jako chłopiec doświadczył wielu nieprzyjemności z powodu zachowania trochę odbiegającego od „normy”. Tak wytwarza się częsty lęk społeczny u osób dotkniętych zespołem Aspergera – z braku akceptacji. Alan w dalszej części filmu mówi: „Ludzie rozmawiają, ale nie mówią o co im chodzi. Oczekują, że wiesz o co im chodzi. A ja nigdy tego nie wiem”. Stara się przełamać lęk i barierę komunikacyjną, co widać między innymi podczas jego pracy w zespole. Zgodnie z radami nowej przyjaciółki i współpracowniczki, Joan Clark, postanawia kupić kolegom z zespołu jabłka i opowiedzieć dowcip. Jednak robi to nieudolnie, sprawia wrażenie, jakby recytował regułkę, którą zna na pamięć, bez zmiany jakiegokolwiek słowa. Widać, że sam nie rozumie tego dowcipu, ale stara się go przedstawić, aby zainicjować sytuację koleżeńską. Podejrzewany jest o brak empatii, a przez to w niektórych sytuacjach nawet o bestialstwo. Jako jedyny zaproponował, by nie ratować okrętu na którym było 500 osób, aby wrogowie nie zgadli, że Anglicy już rozszyfrowali kod. Kierował się rozumem, logicznym myśleniem, a nie emocjami, choć rozumiał ogrom tragedii.

W rozmowie z policjantem Alana spytano o proces myślenia maszyn. Bohater stwierdza, że funkcjonariusz zadaje złe pytanie, ciekawym byłoby: „jeśli coś myśli inaczej niż my, czy to znaczy, że nie myśli w ogóle?”, potem mówi: „chodzi o to, że nasze mózgi różnie pracują i różnie myślimy”. Ja jednak uważam, że Alan tak naprawdę podsumował przyczyny zachowań osób z Aspergerem – różnią się od innych tym, że ich mózg jest inaczej zbudowany, jednak nie oznacza to, że nie odczuwają i nie myślą tak jak reszta ludzi. Robią to jednak na swój sposób, który na pewno nie jest gorszy od innych. Opowieść o Alanie jest oparta na faktach. Był człowiekiem, który stworzył pierwowzór komputera, teoretycznie skrócił wojnę o 2 lata i uratował 14 mln istnień. Jednak popełnił samobójstwo, ponieważ społeczeństwo go nie zaakceptowało – z powodu jego zachować i orientacji seksualnej. „Świat stał się lepszy dzięki temu, że nie byłeś normalny” – usłyszał filmowy Alan z ust Joan. I myślę, że jest to dobre podsumowanie dla mojego artykułu, jako przekaz dla osób z Aspergerem, które nie akceptują tej choroby, a przez to siebie. W końcu każdy myśli, odczuwa i funkcjonuje inaczej.

Patrycja Dębowiec
patrycja119700@gmail.com

Zdjęcie:
http://www.spectrumspeech.ie/blog/aspergers-syndrome

Źródło:
1. K. Schrödinger. Koci świat, czyli świat osoby ze spektrum autyzmu. http://savant.org.pl/publikacje/koci_1.1_1.pdf (dostęp 12.05.2018).


Obejrzyjmy Aspergera

/ 06 października
W wielu znanych produkcjach filmowych i telewizyjnych występuje charakterystyczny bohater – niechętny kontaktom towarzyskim, zachowujący si...
Neil Gaiman to brytyjski pisarz znany obecnie dzięki takim tytułom jak choćby Nigdziebądź, Koralina oraz Amerykańscy bogowie. Słynie on z charakterystycznego dla siebie stylu. Z ogromnym wyczuciem łączy realizm z elementami fantasy. W swoich dziełach nie unika też wulgaryzmów lub mocniejszych momentów, jednak wszystko to potrafi podać w bardzo wyważony sposób.


Kiedy w 1999 roku ukazała się jego druga samodzielna powieść pt. Gwiezdny pył, szybko spotkała się z uznaniem krytyków i czytelników. O tym, w jak szerokich kręgach Gaiman został uznany za świetnego pisarza, może świadczyć fakt, że książka ta zdobywała nagrody zarówno w kategoriach najlepszych powieści dla dorosłych, jak również w kategoriach… książek dla dzieci.

Jedna tekst, dwa sposoby odbioru
Powyższy fakt nie powinien jednak szczególnie zaskakiwać. Gwiezdny pył to tak naprawdę powieść, na którą da się spojrzeć dwojako. Z perspektywy dziecka może być to opowieść o Tristanie, który z miłości wyrusza w podróż ze swojego rodzinnego miasteczka, Muru, do świata pełnego magii. Celem jego wyprawy jest chęć zdobycia dla swej ukochanej spadającej gwiazdy z nieba. Na tym poziomie mamy do czynienia z opowieścią o miłości, poświęceniu, szlachetności, ale też pewnym rozczarowaniu. Dorośli czytelnicy powinni jednak dostrzec także niesamowitą sentymentalność powieści i jej metaforyczność. Staje się ona wtedy bardziej złożoną analizą związków międzyludzkich, porusza temat pewnej obojętności w relacjach, dotyka problemów odrzucenia i inności. Podróż Tristana z Muru do Krainy Czarów wydaje się natomiast skomplikowaną ścieżką przez życie, w której nierzadko się gubimy i nie zawsze zdajemy sobie sprawę, co jest naszym celem. Czytana z perspektywy dorosłego powieść ta nie traci jednak pewnej warstwy magii i dziecięcej naiwności, co pozwala w pełni zanurzyć się w wykreowanym przez autora świecie.

Zwyczajność obok magii 
Autor już od samego początku bardzo sprawnie łączy dwa światy w swojej powieści. Pierwszy z nich, ten pozornie zwyczajny, wydaje się niemalże odbiciem naszej codzienności. Drugi z nich, świat magii, nie jest jednak jego kontrastem, a prędzej uzupełnieniem. Gaiman tworzy uniwersum będące raczej rozbudowaną analizą tego, co zaobserwować możemy w Murze. Stara się także ciągle pisać w taki sposób, aby utrzymywać widza w przekonaniu, że magiczna kraina, o której opowiada, jest realnym miejscem na mapie Anglii. Miejscem, w jakie ludzie boją się zapuszczać. Być może dlatego, że lękają się spotkania z czymś, czego tak naprawdę nie znają i nie rozumieją. W Gwiezdnym Pyle, podobnie zresztą jak w kolejnych książkach autora, czuć olbrzymią inspirację folklorem, lokalnymi legendami i mitami. Jednak nawet postaciom magicznym nadaje on niezwykle ludzki wymiar, niemalże pozwalając czytelnikom na pełne utożsamienie się z tymi istotami.

Niewiele, ale wystarczająco
Choć Neil Gaiman zdecydowanie nie tworzy rozbudowanego świata niczym z książek Tolkiena lub Lewisa, to zarówno jego Mur, jak i Kraina Czarów, wydają się w pełni przemyślane i posiadają swoją tożsamość. Każda postać ma tam jakieś znaczenie i czemuś służy. Autor w niespełna dwustustronicowej książce przekazuje nam wiele prawd dotyczących życia, zaskakuje nierzadko bardzo inteligentnymi dialogami. Przy tym wszystkim nie przybiera roli moralizatora, a raczej pozwala dostrzec pewne rzeczy, jeśli tylko czytelnik będzie miał na to ochotę. Niektórych wątków niestety w pełni nie rozwija, co może mieć związek z faktem, iż planował on napisanie drugiej powieści o Tristanie, jednak ta póki co jeszcze nie powstała. 

Gorąco zachęcam wszystkich do przeczytania Gwiezdnego Pyłu. Jest to bez wątpienia mądra i na swój sposób bardzo przyjemna lektura, która trafi nie tylko do dorosłych, ale także, dzięki swojej zaskakująco pozytywnie prostocie, także do młodszych czytelników.

Patryk Godula
patryk.godula@gmail.com

Nowa książka Kaśki Nosowskiej podbija Internet. Skąd wziął się jej fenomen? Najbardziej prawdopodobną wydaje się odpowiedź, że została napisana po prostu z rozbrajającą szczerością.


Są wakacje, część z was na pewno zamierza nadrobić zaległości czytelnicze. Pewnie w tym celu wybierzecie jakąś ambitną pozycję. Być może będzie to na przykład książka Szczepana Twardocha albo Olgi Tokarczuk (za książkę Bieguni dostała ostatnio Międzynarodową Nagrodę Bookera). Natomiast jeśli mieliście trudną sesją albo broniliście pracę dyplomową i chcecie przeczytać coś lekkiego, to polecam A ja żem jej powiedziała.

Celebryci uwielbiają ostatnio wydawać książki. Starają się udowadniać, że ich życie jest wyjątkowe. Siedząc wieczorami z lampką wina, nachodzi ich tyle przemyśleń, że nie wyobrażają sobie się nimi nie podzielić.

Historia Kasi Nosowskiej jest zupełnie inna. Nie jest to typowa książka z początkiem i zakończeniem. Naszą bohaterką jest Kaśka, która w swoim nudnym, szarym życiu napotyka wiele dylematów. Chociaż czy ja wiem, czy jej życie jest nudne? Moim zdaniem jest bardzo, bardzo prawdziwe. Każdy temat, który porusza Nosowska, reprezentuje inny fragment z życia. Ich rozbieżność jest na tyle duża, że czytelnik nie ma szans na chwilę nudy.

Książka ma bardzo przystępną formę. Przeważnie historie zawarte są na dwóch, maksymalnie trzech kartkach. Sprawia to, że nie ma potrzeby zapewnienia sobie pełnego skupienia, by móc po nią sięgnąć. Jest to idealna propozycja na wakacje, bo kto powiedział, że koniecznie musimy przeczytać tego lata przynajmniej kilka ambitnych pozycji?

Tego typu zbiór krótkich historii z interesującym morałem to wydawniczy strzał w dziesiątkę. Nosowska pisze o życiu, o niepowodzeniach. Czytelnicy cenią ją za szczerość i prostolinijność. Czytając książkę, ma się wrażenie, że mimo jej lekkiej formy i lekkiego pióra Kasi przekazuje nam ona więcej życiowej prawdy oraz daje lepsze rady niż niejeden psycholog (tak, wiem, że psychologowie nie dają rad, ale mniejsza z tym ;)). Warto dodać, że A ja żem jej powiedziała  nie jest typową książką wydaną przez – jakby nie było – celebrytkę 😊.  Nie znajdziecie w niej fragmentów, w których gloryfikuje i idealizuje swoje życie. Zupełnie nie zależało jej na napisaniu swojej biografii, która na pewno sprzedałaby się z takim samym sukcesem. Dzięki Kasi Nosowskiej czytelnik nie czuje się przytłoczony swoim codziennym życiem. Przeciwnie, potrafi się całkowicie utożsamić z autorką tekstów.

Największą zaletą książki jest to, że powstała w sposób naturalny. Katarzyna Nosowska ożywiła swoje konto na Instagramie filmikami o showbiznesie, przelotnych modach, celebrytach i snobizmach, a wszystko to stało się inspiracją do napisania A ja żem jej powiedziała.

Mama mówiła, że facetom nie można ufać, że kobiety są wredne. Mówiła: „Co ludzie powiedzą”, „Bogaty? Pewnie nakradł”, „Jak taka będziesz nikt Cię nie zechce”, „Nikomu nie ufaj”, „Nie jedz tyle, bo będziesz gruba”, „Nie skub tego, bo dostaniesz raka”.

Karolina Sołtysek

Źródło:
K. Nosowska: A ja żem jej powiedziała. Wielka Litera. Warszawa 2018.

A ja żem jej powiedziała

/ 03 października
Nowa książka Kaśki Nosowskiej podbija Internet. Skąd wziął się jej fenomen? Najbardziej prawdopodobną wydaje się odpowiedź, że została nap...

Na początku wyjaśnijmy słowo sharenting – to termin, którym określa się coraz częściej występujące zachowania wśród rodziców, polegające na notorycznym umieszczaniu zdjęć i filmów ze swoimi dziećmi w roli głównej na portalach społecznościowych m.in. Facebooku, Instagramie.


Sharenting jest słowem zbudowanym z połączenia wyrazu „parenting”, czyli rodzicielstwo i „share”, czyli dzielić, brać udział. Polskim odpowiednikiem tego ostatniego terminu jest słowo „udostępnij”, widoczne na Facebooku. Badania nad tym zjawiskiem podjęli już naukowcy, a instytucje dbające o nasze bezpieczeństwo coraz częściej nagłaśniają problem. Czy jest się czego bać?

Sharenting – szał rodziców w mediach!

Zrozumiałe jest zachowanie, gdy dumny rodzic wrzuci zdjęcie dziecka na Facebooka raz czy dwa razy. Nie do przyjęcia jednak są sytuacje, gdy to się powtarza zbyt często i ten raz czy dwa staje się codzienną dawką. A teraz krótki przykład: zdjęcie USG, tuż po porodzie, pierwsza kąpiel, pierwsze kroki, ząbki, roczek, zdjęcie z wakacji - to nie tylko powoduje irytację ze strony obserwujących nas znajomych, ale może być również źródłem nieprzyjemnych sytuacji, z których możemy sobie nawet nie zdawać sprawy. Do wyżej wymienionych przykładów brakuje jeszcze tylko pierwszej kupki i tym podobnych. Dzieci się kocha, przeżywa smutne i radosne chwile, wychowuje. Każdy rodzic po drodze dokumentuje życie młodego człowieka i zachowuje to w rodzinnym albumie bądź przechowuje na nośnikach lub dyskach sprzętów. Jednak przeglądając media społecznościowe, zauważamy, że nie wszyscy się do tego stosują i wysyłają zdjęcia również do świata wirtualnego. To naprawdę nic dobrego - i dla dziecka, i dla rodzica.

Sharenting, czyli zróbmy sobie dziecko mediów społecznościowych 

Dziecko to również człowiek, który ma swoją godność i prawo do prywatności. Już na etapie dorastania ma świadomość, że Internet gra w jego życiu dużą rolę. Ale niestety nic nie może z tym zrobić. Zapewne znaleźliście się kiedyś w sytuacji, gdy oglądaliście swoje stare zdjęcia (najgorzej jest, gdy robią to inni, czyli ciocie czy wujkowie), a na nich Wy – być może nawet w kąpieli. Czuliście zażenowanie? Tak samo mogą czuć się „social mediowe dzieci” po kilkunastu latach. Na domiar złego, takie treści ogląda multum osób w Internecie.

Zacznijmy dość brutalnie: Internet to raj dla pedofilii, którzy są oczywiście największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa dziecka. To oni ściągają z profilu rodzica zdjęcie, z którym później robią, co im się tylko podoba. Wiele jest przypadków, w których te zdjęcia są przesyłane do innych osób bądź umieszczane na stronach pedofilskich, w najgorszym przypadku może dojść do próby odnalezienia dziecka ze zdjęcia. Ułatwia im to obecność danych oraz często podawana lokalizacja. Zjawisko sharentingu sprzyja poszerzaniu się tego typu bibliotek zdjęć.

Kolejnym zagrożeniem jest negatywna ocena treści związanych z dziećmi, które mogą wpłynąć na ich samoocenę. W mediach toczy się walka, bo przecież każdy chce mieć najlepsze we wszystkim dzieci, czyli te dobrze uczące się, ładnie ubrane, zdolne i najpiękniejsze. Bo przecież większość tych dzieci osiągnie tytuł miss czy mistera Polski albo świata - żeby było lepiej. A dopiero potem będą lekarzami, prawnikami, czy może politykami. Szkoda tylko, że tyle jest dzieci, a tylko jedno miejsce na prezydenta. To tylko marzenia rodziców, którzy potem zostają rozczarowani, jeśli nie uda im się wykreować własnego ideału.


Sądzę, że jakieś 80% rodziców dzieci ma konto na jednym z portali społecznościowych. Kolejnym zagrożeniem związanym z sharentingiem, na które trzeba zwrócić szczególną uwagę, jest przede wszystkim możliwość wykorzystania zdjęcia, filmu czy obrazu przez inne, nieuprawnione przez nas osoby lub instytucje. Współcześnie użytkownik mediów społecznościowych nie zabezpiecza swojego konta. Rodzice powinni spojrzeć na sieć w perspektywie wielkiego archiwum treści, w którym wszystko jest katalogowane i zapisywane.

Rodzice, zacznijcie myśleć o własnych dzieciach!

Nie rozumiem rodziców, którzy chcą stworzyć dziecko mediów. Czy pragną tym samym wyrazić, że stać ich na dziecko, ponieważ mają ustabilizowaną sytuację życiową, czy że są lepsi od innych? A może wpływa tutaj własna niska samoocena i próba wykreowania własnego dziecka? Robią tym samym krzywdę swoim pociechom.

Drodzy rodzice, postawcie się na miejscu tego dziecka i pomyślcie, czy chcielibyście, aby wasze dzieciństwo zostało utrwalone w Internecie, aby każdy użytkownik znał waszą historię i w przyszłości wyciągał niekorzystne fotografie?


Choć nie ma powodów, by z dodawania zdjęć dziecka w Internecie zrezygnować zupełnie, na pewno warto ich dobór dokładnie przemyśleć. Warto podkreślić jeszcze raz – wrzucenie jednego zdjęcia nie jest zbrodnią, podobnie dwóch, trzech – też nie. Ale dokumentowanie każdego momentu z życia małego człowieka, umieszczanie w social mediach niekoniecznie odpowiednich zdjęć lub filmów kwalifikuje się do jednoznacznie negatywnie ocenianego sharentingu.

Anita Banaś
e-mail: anita.ban@op.pl


W maju mieliśmy okazję uczestniczyć w dwóch istotnych wydarzeniach dotyczących literatury – w Międzynarodowym Festiwalu Literatury „Apostrof” oraz w Warszawskich Targach Książki. Wysoka frekwencja podczas tych wydarzeń umacnia w przekonaniu, że Polacy jednak czytają, a media cyfrowe nie górują nad literaturą – wręcz przeciwnie – książki wciąż cieszą się ogromnym zainteresowaniem.




Warszawskie Targi Książki
W dniach 17–20.05.2018 roku na Stadionie Narodowym odbyły się Warszawskie Targi Książki. Jak co roku, wydarzenie to przyciągnęło rzesze miłośników literatury faktu, fantastyki, kryminałów i innych gatunków. Targi zadebiutowały w 2013 roku i do dziś cieszą się wielkim zainteresowaniem wśród czytelników. W tym roku zostały wydzielone specjalne strefy tematyczne: strefa kryminału, popkultury, fantastyki oraz kultury górskiej. Nie zabrakło również osobistości ze świata literatury polskiej i zagranicznej. Pojawili się tacy pisarze jak: Olga Tokarczuk (autorka m.in. Zagubionej duszy), Zygmunt Miłoszewski (laureat w plebiscycie portalu lubimyczytać.pl na Książkę Roku 2017), Wojciech Chmielarz (autor  Żmijowiska) i Katarzyna Bonda (autorka książki Czerwony Pająk). Z kolei zagraniczni pisarze, którzy zjawili się na tym wydarzeniu, to m.in: Graham Masterton (pisarz podpisywał najnowszą książkę Wirus), Orhan Pamuk (autor Rudowłosej) i Chris Carter (pisarz wziął udział w spotkaniu Seryjni mordercy oraz podpisywał Rozmówcę). Podczas targów uczestnicy mogli zakupić książki ulubionych autorów, uczestniczyć  w rozmowach z nimi oraz dostać ich autografy. To literackie przedsięwzięcie co roku przyciąga na Stadion Narodowy tysiące czytelników i fanów literatury.

Apostrof
W tym samym czasie Empik zorganizował w Warszawie Międzynarodowy Festiwal Literacki „Apostrof”, którego tegorocznym kuratorem został Jacek Dehnel. Podczas wydarzenia uczestnicy mieli możliwość wziąć udział w wielu dyskusjach i spotkaniach z autorami. Festiwal objął również takie miasta jak Katowice, Kraków, Szczecin oraz Gdańsk. Spotkania z autorami były emitowane na żywo – każdy za pośrednictwem strony na Facebooku mógł „uczestniczyć” m.in w spotkaniu z Nathanem Hillem (autor książki Niksy), Peterem V. Brettem (autor Cyklu Demonicznego), Jakubem Żulczykiem (autor Wzgórza psów) i Jerzym Bralczykiem (autor najnowszej książki napisanej wspólnie z żoną Pokochawszy. O miłości w języku). To wydarzenie również mogło poszczycić się ogromną frekwencją – dużo czytelników pojawiło się na spotkaniach autorskich, ale także sporo internatów oglądało relacje przed komputerami.

Czy Polacy rzeczywiście nie czytają? Czy jesteśmy obojętni wobec literatury i wolimy spędzać czas jedynie w towarzystwie telewizora, komputera lub telefonu? Wydaje mi się, że to przerysowany obraz polskiej rzeczywistości – gdyby tak było, takie wydarzenia nie cieszyłyby się aż tak wielką popularnością. Wówczas fani nie staliby w kilkugodzinnych kolejkach, aby podpisać książkę – bo przecież nie czytają. Gdy bierzemy udział w tego typu targach i festiwalach, podnosi nas na duchu myśl, że jednak książka nadal jest ważna dla wielu pokoleń – zwróćmy uwagę, że na wydarzeniach literackich znajdziemy dzieci, młodzież, a także osoby dorosłe. Obecność tylu osób podczas obu festiwali umacnia w przekonaniu, że ludzie naprawdę czytają i nadal cenią literaturę. Takie wydarzenia powinny być promowane na szeroką skalę, ponieważ zachęcają do czytania i do oderwania się od cyfrowego świata, którym ciągle jesteśmy atakowani. Mam nadzieję, że kolejne lata zaowocują jeszcze większą frekwencją, co przeniesie się na liczbę czytanych książek przez całe społeczeństwo.

Karolina Trela
e-mail: karolina.trela@gmail.com
Zdjęcie: Joanna Trąbka


Film Fargo z 1996 roku odniósł niezaprzeczalny sukces, czego doskonałym potwierdzeniem jest otrzymanie dwóch oskarowych statuetek. Nagrody te udzielone zostały w kategoriach najlepsza aktorka pierwszoplanowa, z czym się nie zgadzam, oraz najlepszy scenariusz oryginalny, z czym polemizować nie mogę. Teraz nadszedł czas na odświeżenie znanego już nam klimatu w… serialu.


Początkowo pełna obaw zasiadłam do obejrzenia odcinka pilotażowego pierwszego sezonu. Ku szczeremu zaskoczeniu okazało się, że zachowany został niepokojący, tajemniczy klimat panujący w Minnesocie, jakże charakterystyczny dla filmowego arcydzieła braci Coen. Również świetna muzyka, a także zdjęcia oraz widoki w akompaniamencie białego puchu połączone z senną aurą zadziałały na plus i zachęciły mnie do dalszego zapoznania z serialem.

Wyobraź sobie, że jesteś zwykłym, szarym człowiekiem mieszkającym na całkowitym zadupiu, a twoje życie to jedno wielkie pasmo niekończących się porażek i upokorzeń. Nie brzmi najlepiej? Witaj w świecie Lestera Nygaarda, przeciętnego sprzedawcy ubezpieczeń. Pewnego dnia nasz bohater spotyka swojego prześladowcę z liceum, co tylko utwierdza nas w przekonaniu, że mamy do czynienia z największą łamagą naszych czasów. Wskutek niefortunnego wypadku trafia do szpitala na ostry dyżur, gdzie poznaje na pierwszy rzut oka niepozornego, aczkolwiek odrobinę dziwnego i budzącego niepokój swoją obecnością mężczyznę, Lorne’a Malvo. W tym momencie życie nieświadomego jeszcze Lestera obierze zupełnie inny kurs niż się spodziewał, a wszystko to za sprawą jednej rozmowy, podczas której Nygaard dał upust swojej frustracji wobec szkolnego łobuza.

Następnego dnia wśród mieszkańców prowincjonalnego miasteczka Bemidji, w którym do tej pory niespotykane były żadne cięższe przestępstwa, szybko rozchodzi się informacja o brutalnym morderstwie wcześniej wspomnianego szkolnego prześladowcy. Zdarzenie to pociąga za sobą serię nieprzypadkowych zdarzeń oraz kolejne dwa trupy. Jaki związek ma z tym wszystkim spotkanie na szpitalnym oddziale? Do czego tak naprawdę zdolny jest człowiek, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo? Sprawa jest bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać.

W serialowej koncepcji Fargo otrzymujemy zamkniętą strukturę fabularną, co jest wielkim atutem. Dzięki temu zabiegowi jesteśmy w stanie bliżej przyjrzeć się bohaterom oraz w pełni skupić się na akcji kręcącej się, a jakże, wokół postaci Lestera Nygaarda, którego odgrywa fenomenalny Martin Freeman. Doskonałym posunięciem było także zaangażowanie Billy’ego Boba Thorntona w roli Lorna Malvo, który niesamowicie oddziałuje na widza, a jego interpretacja złego charakteru pozostaje na długo w pamięci i sprawia, że wyczekujemy na każdy fragment serialu z jego uczestnictwem. Na wielkie uznanie zasługuje również wcielająca się w policjantkę Allison Tolman, której postać w dużej mierze wzorowana była na jej filmowym odpowiedniku. Z całą pewnością mogę uspokoić grono odbiorców będących zagorzałymi przeciwnikami Frances McDormand – tutaj wielogodzinne towarzystwo stróża prawa nie jest tak irytujące jak w filmowej produkcji, co więcej, uważam, że kunszt aktorski jest na znacznie wyższym poziomie.

Mówi się, że odgrzewane kotlety nie smakują najlepiej, w tym jednak przypadku sądzę, że wszystkie niedociągnięcia pojawiające się w pierwowzorze zostały poprawione
i z czystym sumieniem mogę zachęcić do bliższego zapoznania się z serialowym Fargo, ponieważ z taką obsadą oraz scenariuszem smakuje znakomicie. 

Adrianna Sałecka
ada.sal@o2.pl