Baletnica nie jest tak idealna, jak ją Degas malował

/ 18 kwietnia

Baletnica wchodzi na scenę lekkim krokiem, w pełnym entourage’u: wielkiej, sterczącej spódniczce, dodatkowo zachwycając widownie lekkością, perfekcją i gracją. Jej profesja wydaje nam się wtedy banalna. Co my o tym zawodzie tak naprawdę wiemy? Ile prawdy mówią filmy? Czy każda z nich jest anorektyczką bez skrupułów?


To jest jedna z tych profesji, o których krążą wielkie mity. Gloryfikujemy role baletnicy i jej codzienność, choć z reguły jest tak samo szara jak nasza. Jedynym dodatkiem do przeciętności jest pasja, bez której w tym zawodzie nikt latami nie katowałby się fizycznie i psychicznie.

„Znów stoisz jak samowar! Niedługo ciężary podnosić będziesz! No tępota do granic!”. Tak krzyczała na swoje uczennice nauczycielka baletu w filmie Kieślowskiego Siedem kobiet w różnym wieku. W żadnej produkcji o balecie bądź z baletem w tle takie zachowanie nie bulwersuje widza. No właśnie, bo uważa on ten zawód za prestiżowy, a przecież dla takiego wyróżnienia można wiele poświęcić. Na przykład życie.

Czarny Łabędź to jeden z tych filmów, który pokazał tylko negatywny obraz baletnicy. Przedstawił codzienność tancerek jednocześnie jako wyjątkowy i mocno oderwany od rzeczywistość, ale też przepełniony katorżniczą pracą. Świat tańca jest przefiltrowany przez doznania głównej bohaterki, jednak wynika z niego kilka prawd o tym mitycznym świecie.

Postać grana przez Natalie Portman jest pochłonięta swoją pracą. Swoje życie na każdej płaszczyźnie podporządkowuje swojej pasji, co za tym idzie – pracy. Tak też zmuszona jest zrobić każda osoba zaczynająca swoja przygodę z tym rodzajem tańca. Będąc baletnicą, trzeba poświęcić całe swoje życie. Na bok odchodzą spotkania towarzyskie. Zmieniają się priorytety. Dostosowuje się wszystko do baletu, nawet swoje ciało. Odpowiednie odżywianie jest najważniejszeTancerka dba o nie tak samo jak o pointy. Staranne przygotowanie ich zajmuje przynajmniej godzinę. Tak jak z ciałem trzeba zadbać jednocześnie o wygodę jak i idealny wygląd.


Jest wiele narzędzi, bez których praca baletnicy nie istnieje, ale najważniejsze są pointy
Stopy są głównym narzędziem pracy baletnicy, są też najbardziej zniszczone. Zawsze jest na nich pełno plastrów i siniaków, paznokcie rzadko są w jednym kawałku. „Najważniejszym narzędziem pracy tancerza są baletki, w przypadku tancerek pointy, czyli usztywnione buty, na których mogą stać na palcach. Gadżetem, ale i narzędziem pracy, są różnego rodzaju stroje baletowe, a więc kostium baletowy i specjalne rajstopy. Charakteryzują się one najczęściej stonowanym odcieniem i posiadają nacięcie pod stopą, żeby łatwiej można było je zsunąć, założyć ochraniacz czy okleić palce, ponieważ pozdzierane palce baletnic trzeba odpowiednio zabezpieczyć”– wyjaśnia Izabela Sokołowska-Boulton, zastępca kierownika baletu Opery Bałtyckiej w wywiadzie z Ewą Palińską dla trojmiasto.pl.

W tym zawodzie nawet zakupy nabierają baletowego sensu. Przeciętna kobieta myśli o nowych butach, natomiast baletnica – o nowych pointach albo jakże potrzebnych ogrzewaczach czy elastycznych i dopasowanych strojach na próby. Logiczne, to w tym spędzają olbrzymią część swojego dnia. Już wystarczająco obciążone ciało zasługuje na wygodny strój na próbach. Można powiedzieć, że ich zawód staje się obsesją, ale nie tak definiowaną jak przez reżysera Czarnego Łabędzia.

Główna bohaterka filmu, Nina, dąży do perfekcjonizmu a wszystko to za sprawą matki, która wymaga od niej więcej niż sama może z siebie dać. Dużo w filmie słychać dźwięków łamanych paznokci, kości, strzelających kostek czy chrzęstu w stawach stóp. To też element z codzienności baleriny.

Przemęczone ciało nie jest piękne
W pewnym momencie ciało zaczynają pokrywać nabrzmiałe żyły, a mięśnie błagają o odpoczynek. Przy próbach przed spektaklem jest to niemożliwe. Można sobie tylko wyobrazić ile zawziętości musi mieć w sobie tancerka, żeby nie odpuścić. Przechodzi przez załamania i walczy nie raz z bezsilnością żeby ćwiczyć dalej. Droga do perfekcji jest dość wyboista. Nikt jej nie ułatwia, a stanowczo nie nauczyciele.

Tancerka jest nieustannie krytykowana
Ideał, który chce osiągnąć także Nina, jest ulotny. Trenerzy powtarzają, że tancerkę wciąż stać na więcej, w co uczennica bardzo chce wierzyć. Jak każdy człowiek popełnia błędy, a to nie umknie oku trenerki. Świadomość potknięcia to jedno, ale surowa krytyka odbija się większym echem. Dla nauczycielki zawsze można być chudszym, zwinniejszym, lepszym. Łatwo stracić motywację przy takiej surowej ocenie. Jak się okazuje, Nina nie zostaje przy zdrowych zmysłach. W filmie fakt obciążenia psychicznego został mocno przejaskrawiony. 

„Najzabawniejsze jest to, że jedna z najbardziej znienawidzonych nauczycielek ze szkoły baletowej wykłada jednocześnie na pedagogice baletu na Akademii Muzycznej. Uczy tam o prawidłowym podejściu do dziecka. A sama łamie wszelkie zasady pracy z dziećmi. Ciągle krzyczy, poniża... Wybiera sobie ofiary, często wcale nie najsłabszych uczniów, ot tak, to loteria. Na jej lekcjach upokarzanie jest na porządku dziennym. I w tej atmosferze zmieniasz się z dziecka w dorosłego. Moim zdaniem wiele osób po tej szkole potrzebuje psychoterapii. Żeby pracować w balecie, czy w ogóle na scenie, potrzebujesz nieprawdopodobnej dawki pewności siebie. W szkole baletowej twoja pewność siebie jest zabijana krok po kroku. Sztuka zaczyna ci się kojarzyć nie z pięknem, a z gnojeniem. No i nieustanne deklaracje o miłości do baletu, które wszyscy powtarzają jak w sekcie. Ciągłe podejrzenia, że nie kochasz widocznie baletu, skoro protestujesz przed czymkolwiek” – opowiada Michał, jeden z absolwentów warszawskiej szkoły baletowej w wywiadzie z Heleną Łygas dla Na Temat.

Balerina jest idealna przez kilka swoich cennych minut na scenie. Wtedy to na co tyle pracowała, ma sens, a ona sama w doskonałym entourage’u nie może popełnić najmniejszego błędu. Kosztowałoby ją to życie. To zawodowe, prywatne i towarzyskie, bo dla baleriny to wszystko rozgrywa się na jednej sali z drążkami i lustrami.

Marcelina Chrost
marcelina.chrost@live.com


Źródła:
1.       H. Łygas „Masz 19 lat, dyplom tancerza i często potrzebujesz psychoterapii” – mówi absolwent warszawskiej Szkoły Baletowej (http://bliss.natemat.pl/190611,masz-19-lat-dyplom-tancerze-i-czesto-potrzebujesz-psychoterapii-mowi-absolwent-warszawskiej-szkoly-baletowej);
2.      E. Palińska Balet od kulis, czyli co balerina nosi w torbie (https://kultura.trojmiasto.pl/Balet-od-kulis-czyli-co-balerina-nosi-w-torbie-n109863.html);
3.      R. Skowroński Czarny łabędź. Nagrodzona Oscarem Natalie Portman popada we freudowską psychozę (http://film.org.pl/r/recenzje/czarny-labedz-4-52099/).


Baletnica wchodzi na scenę lekkim krokiem, w pełnym entourage’u: wielkiej, sterczącej spódniczce, dodatkowo zachwycając widownie lekkością, perfekcją i gracją. Jej profesja wydaje nam się wtedy banalna. Co my o tym zawodzie tak naprawdę wiemy? Ile prawdy mówią filmy? Czy każda z nich jest anorektyczką bez skrupułów?


To jest jedna z tych profesji, o których krążą wielkie mity. Gloryfikujemy role baletnicy i jej codzienność, choć z reguły jest tak samo szara jak nasza. Jedynym dodatkiem do przeciętności jest pasja, bez której w tym zawodzie nikt latami nie katowałby się fizycznie i psychicznie.

„Znów stoisz jak samowar! Niedługo ciężary podnosić będziesz! No tępota do granic!”. Tak krzyczała na swoje uczennice nauczycielka baletu w filmie Kieślowskiego Siedem kobiet w różnym wieku. W żadnej produkcji o balecie bądź z baletem w tle takie zachowanie nie bulwersuje widza. No właśnie, bo uważa on ten zawód za prestiżowy, a przecież dla takiego wyróżnienia można wiele poświęcić. Na przykład życie.

Czarny Łabędź to jeden z tych filmów, który pokazał tylko negatywny obraz baletnicy. Przedstawił codzienność tancerek jednocześnie jako wyjątkowy i mocno oderwany od rzeczywistość, ale też przepełniony katorżniczą pracą. Świat tańca jest przefiltrowany przez doznania głównej bohaterki, jednak wynika z niego kilka prawd o tym mitycznym świecie.

Postać grana przez Natalie Portman jest pochłonięta swoją pracą. Swoje życie na każdej płaszczyźnie podporządkowuje swojej pasji, co za tym idzie – pracy. Tak też zmuszona jest zrobić każda osoba zaczynająca swoja przygodę z tym rodzajem tańca. Będąc baletnicą, trzeba poświęcić całe swoje życie. Na bok odchodzą spotkania towarzyskie. Zmieniają się priorytety. Dostosowuje się wszystko do baletu, nawet swoje ciało. Odpowiednie odżywianie jest najważniejszeTancerka dba o nie tak samo jak o pointy. Staranne przygotowanie ich zajmuje przynajmniej godzinę. Tak jak z ciałem trzeba zadbać jednocześnie o wygodę jak i idealny wygląd.


Jest wiele narzędzi, bez których praca baletnicy nie istnieje, ale najważniejsze są pointy
Stopy są głównym narzędziem pracy baletnicy, są też najbardziej zniszczone. Zawsze jest na nich pełno plastrów i siniaków, paznokcie rzadko są w jednym kawałku. „Najważniejszym narzędziem pracy tancerza są baletki, w przypadku tancerek pointy, czyli usztywnione buty, na których mogą stać na palcach. Gadżetem, ale i narzędziem pracy, są różnego rodzaju stroje baletowe, a więc kostium baletowy i specjalne rajstopy. Charakteryzują się one najczęściej stonowanym odcieniem i posiadają nacięcie pod stopą, żeby łatwiej można było je zsunąć, założyć ochraniacz czy okleić palce, ponieważ pozdzierane palce baletnic trzeba odpowiednio zabezpieczyć”– wyjaśnia Izabela Sokołowska-Boulton, zastępca kierownika baletu Opery Bałtyckiej w wywiadzie z Ewą Palińską dla trojmiasto.pl.

W tym zawodzie nawet zakupy nabierają baletowego sensu. Przeciętna kobieta myśli o nowych butach, natomiast baletnica – o nowych pointach albo jakże potrzebnych ogrzewaczach czy elastycznych i dopasowanych strojach na próby. Logiczne, to w tym spędzają olbrzymią część swojego dnia. Już wystarczająco obciążone ciało zasługuje na wygodny strój na próbach. Można powiedzieć, że ich zawód staje się obsesją, ale nie tak definiowaną jak przez reżysera Czarnego Łabędzia.

Główna bohaterka filmu, Nina, dąży do perfekcjonizmu a wszystko to za sprawą matki, która wymaga od niej więcej niż sama może z siebie dać. Dużo w filmie słychać dźwięków łamanych paznokci, kości, strzelających kostek czy chrzęstu w stawach stóp. To też element z codzienności baleriny.

Przemęczone ciało nie jest piękne
W pewnym momencie ciało zaczynają pokrywać nabrzmiałe żyły, a mięśnie błagają o odpoczynek. Przy próbach przed spektaklem jest to niemożliwe. Można sobie tylko wyobrazić ile zawziętości musi mieć w sobie tancerka, żeby nie odpuścić. Przechodzi przez załamania i walczy nie raz z bezsilnością żeby ćwiczyć dalej. Droga do perfekcji jest dość wyboista. Nikt jej nie ułatwia, a stanowczo nie nauczyciele.

Tancerka jest nieustannie krytykowana
Ideał, który chce osiągnąć także Nina, jest ulotny. Trenerzy powtarzają, że tancerkę wciąż stać na więcej, w co uczennica bardzo chce wierzyć. Jak każdy człowiek popełnia błędy, a to nie umknie oku trenerki. Świadomość potknięcia to jedno, ale surowa krytyka odbija się większym echem. Dla nauczycielki zawsze można być chudszym, zwinniejszym, lepszym. Łatwo stracić motywację przy takiej surowej ocenie. Jak się okazuje, Nina nie zostaje przy zdrowych zmysłach. W filmie fakt obciążenia psychicznego został mocno przejaskrawiony. 

„Najzabawniejsze jest to, że jedna z najbardziej znienawidzonych nauczycielek ze szkoły baletowej wykłada jednocześnie na pedagogice baletu na Akademii Muzycznej. Uczy tam o prawidłowym podejściu do dziecka. A sama łamie wszelkie zasady pracy z dziećmi. Ciągle krzyczy, poniża... Wybiera sobie ofiary, często wcale nie najsłabszych uczniów, ot tak, to loteria. Na jej lekcjach upokarzanie jest na porządku dziennym. I w tej atmosferze zmieniasz się z dziecka w dorosłego. Moim zdaniem wiele osób po tej szkole potrzebuje psychoterapii. Żeby pracować w balecie, czy w ogóle na scenie, potrzebujesz nieprawdopodobnej dawki pewności siebie. W szkole baletowej twoja pewność siebie jest zabijana krok po kroku. Sztuka zaczyna ci się kojarzyć nie z pięknem, a z gnojeniem. No i nieustanne deklaracje o miłości do baletu, które wszyscy powtarzają jak w sekcie. Ciągłe podejrzenia, że nie kochasz widocznie baletu, skoro protestujesz przed czymkolwiek” – opowiada Michał, jeden z absolwentów warszawskiej szkoły baletowej w wywiadzie z Heleną Łygas dla Na Temat.

Balerina jest idealna przez kilka swoich cennych minut na scenie. Wtedy to na co tyle pracowała, ma sens, a ona sama w doskonałym entourage’u nie może popełnić najmniejszego błędu. Kosztowałoby ją to życie. To zawodowe, prywatne i towarzyskie, bo dla baleriny to wszystko rozgrywa się na jednej sali z drążkami i lustrami.

Marcelina Chrost
marcelina.chrost@live.com


Źródła:
1.       H. Łygas „Masz 19 lat, dyplom tancerza i często potrzebujesz psychoterapii” – mówi absolwent warszawskiej Szkoły Baletowej (http://bliss.natemat.pl/190611,masz-19-lat-dyplom-tancerze-i-czesto-potrzebujesz-psychoterapii-mowi-absolwent-warszawskiej-szkoly-baletowej);
2.      E. Palińska Balet od kulis, czyli co balerina nosi w torbie (https://kultura.trojmiasto.pl/Balet-od-kulis-czyli-co-balerina-nosi-w-torbie-n109863.html);
3.      R. Skowroński Czarny łabędź. Nagrodzona Oscarem Natalie Portman popada we freudowską psychozę (http://film.org.pl/r/recenzje/czarny-labedz-4-52099/).

kontynuuj

Ile razy nabijaliście się z tego, że język czeski jest zabawny? Nie jestem hipokrytką i wyznam Wam, że sama to robiłam, ale przestałam w momencie, kiedy poznałam najwybitniejszego barda urodzonego za naszą południową granicą.


Jaromír Nohavica to najbardziej rozpoznawalny czeski artysta w Polsce. I nie jest to sympatia jednostronna, bo Jarek (jak mówią o nim polscy przyjaciele) również kocha nasz kraj, a sam mówi: „Jestem dumny Czech, ale bez Polaków, bez Polski, bez polskich sąsiadów – nie byłbym cały”.

Przeszłość inspiruje
17 listopada 2017 roku miała premierę jego najnowsza płyta pt.: Poruba. Jest ona wyjątkowa z trzech powodów. Po pierwsze, jej tytuł odnosi się do dzielnicy Ostrawy, w której wychowywał się artysta, co w większości rzutuje na teksty piosenek – w dużej mierze są one bardzo wspominkowe, czasami dziecięce, ale i poważne. Po drugie, w kontekście tej sympatii polsko-czeskiej, wśród trzynastu premierowych utworów pojawia się jeden w całości po polsku i jest nim Czarna dziura. A po trzecie, co może nieco zaskoczyć fanów „klasycznego Nohavícy”, można w niej znaleźć nutkę… nowoczesności. Pojawiły się utwory przypominające trochę pop z akordeonem w tle. Nie twierdzę, że to źle, ale byłam zaskoczona. I myślę, że nie tylko ja.


Samobójstwo z Pendolino w tle
Oczywiście nie zabrakło również charakterystycznych dla autora brzmień gitary i lirycznych tekstów, takich jak Natašo, lásko má (laska w języku czeskim, to miłość) i Kdo z nás czy trochę bardziej przyziemnych jak Raz dva tři, która jest piosenką o szarej rzeczywistości, ale z nutką nadziei. Czarna dziura, śpiewana po polsku, to niewątpliwe ukłon w stronę polskich słuchaczy. Ma dwanaście zwrotek (!) i jest to jedna, wielka historia, w której mężczyzna przez trudy życia („W naszym domu jest jak w czarnej dziurze, co zrobię, to zaraz kogoś wkurzę”) chce popełnić samobójstwo, ale absolutnie żaden pomysł nie jest dobry – ani trucizna, ani pistolet, ani nawet Pendolino (najpewniej relacji Warszawa-Praga), bo przecież tylko zdmuchnie mu gacie, a za postój będzie musiał ktoś zapłacić. Historia kończy się spotkaniem z samym Bogiem, ale w trochę innym celu niżby to wynikało z początku piosenki i trochę daje nadzieję na lepsze jutro.


Poruba na pewno trafi do serc fanów czeskiego barda, ale te eksperymenty muzyczne mogą mu również przysporzyć nowych słuchaczy. Zwłaszcza że z piosenką Czarna dziura przez kilka tygodni utrzymywał się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu Trzeciego. Jednak przy takim artyście jak Jaromír Nohavica trzeba pamiętać, że od muzyki ważniejszy jest tekst, który ma opisywać rzeczywistość, śmieszyć, a nawet zmuszać do refleksji. I tego na tej płycie na pewno nie brakuje.

Katarzyna Zych
katarzynazych7@gmail.com

Czech o polskim sercu

/ 18 kwietnia
Ile razy nabijaliście się z tego, że język czeski jest zabawny? Nie jestem hipokrytką i wyznam Wam, że sama to robiłam, ale przestałam w m...

8 listopada 2017 roku miała premierę książka Zygmunta Miłoszewskiego Jak zawsze. Wydarzenie warte uwagi, dzieło, które trzeba , a na pewno powinien je mieć każdy wielbiciel powieści kryminalnych Miłoszewskiego – teraz autor pokazuje nam swoje nowe oblicze, rezygnuje ze znanych nam wątków. Zaskakuje rodzajem dzieła – „komedia ironiczno-romantyczna”, czytamy w zapowiedziach. Czy autor udźwignął ten rodzaj prozy? Czy nadal zaskakuje?


Czytelnicy, którzy zetknęli się z wcześniejszymi dziełami Miłoszewskiego na pewno poczuli niepewność – kryminały, a teraz komedia? Horror, a teraz komedia i to w dodatku ironiczno-romantyczna? Coś się nie zgadza. Okładka książki budzi mieszane uczucia – wydaje się być banalna, jakby zapowiadała klasyczny romans – kobieta w gorsecie, sukience, eksponująca swoje wdzięki. Przewidywalne, a do tego pasuje do tematyki dzieła. To początkowo zniechęca, jednak uwagę przyciąga znane nazwisko– Miłoszewski i dekolt na okładce? To musi być zaskakujące. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się błahe, logiczne, bez krzty finezji, ale tak nie jest. Na pierwszej karcie książki znajdujemy motto zaczerpnięte z piosenki Francoise Hardy ,,Wszyscy chłopcy i dziewczęta w moim wieku wspólnie robią plany na przyszłość” to zdanie idealnie pasuje do całej powieści, jest jej myślą przewodnią. Bohaterowie dzieła Miłoszewskiego robią plany na przyszłość, ale każdy widzi je inaczej, wspólnie planują, ale każdy z nich ma inną wizję. Czytając tę książkę, sami zastanawiamy się nad własnymi wyborami – czy są dla nas dobre? Czy coś mamy zmienić? Na te pytania odpowiadamy sobie wspólnie z bohaterami. Rozpoczynając lekturę, przenosimy się do roku 2013 – poznajemy małżeństwo, które zamierza uczcić 50. rocznicę swojego pierwszego zbliżenia. Ten dzień zmienia całe ich dotychczasowe życie. Grażyna to nauczycielka z wielkim poczuciem humoru, dystansem do siebie, szalona, co możemy zauważyć już na pierwszych stronach powieści. Ludwik pasuje do niej idealnie – jest jej przeciwieństwem – przewidywalny psycholog, jednak również nie brak mu specyficznego poczucia humoru czym dorównuje żonie. Poznając coraz bliżej głównych bohaterów, trudno uwierzyć, że są starszymi ludźmi – dialogi, opisy, przemyślenia nie wskazują na ich wiek – są żartobliwe, chwilami niecenzuralne – przekleństwa mimo wszystko dobrze współgrają z całością – pasują do specyficznego humoru bohaterów, ich sposobu bycia. Nie rażą, potęgują komediowy charakter powieści. Dialogi są lekkie, odważne – nie uważają się za leciwych staruszków, którym doskwiera wiek. Wywołują uśmiech na twarzy, tym samym zachęcają do głębszego ich poznania. Miłoszewski w sprytny sposób połączył wiedzę i życiowe doświadczenie tych postaci z wielkim poczuciem humoru, nie przechodząc przy tym w groteskę. Autor w dalszej części powieści przenosi Grażynę i Ludwika do roku 1963, do ich pierwszej wspólnie spędzonej nocy – później zręcznie posługuje się czasoprzestrzenią. Czytelnik nie czuje się zagubiony, widzi świat taki, jaki zastali bohaterowie razem z nimi. Poznajemy ich obawy, oczekiwania, myśli. Grażyna i Ludwik dostają szansę przeżycia jeszcze raz swojej młodości, poznania siebie, mają możliwość dokonać nowych wyborów – tylko czy lepszych? Czy coś zmienią? Czy czegoś żałują? Wgłębiając się w historię znajomości Ludwika i Grażyny, ciągle odczuwamy wraz z nimi niepokój, pierwsze fascynacje, zaciekawienie. Miłoszewski zręcznie pokazuje nam zastany świat z perspektywy kobiety i mężczyzny – sami możemy wczuć się w ich rolę, domyślamy się, co będzie dalej, jak wszystko może się skończyć – aż nagle ciąg zdarzeń odwraca się gwałtownie. Autor potrafi zaskakiwać, skłania do refleksji, do innego wyobrażenia sobie losów bohaterów. W te wszystkie osobiste zdarzenia wpleciony jest los kraju – poznajemy Polskę z perspektywy roku 1963. Kraj się jednak zmienił, nie jest taki, jak zapamiętali go Ludwik i Grażyna – historia toczy się innym torem – czy jest lepiej? Na wszystkie pytania odpowiemy sobie tylko wtedy, gdy sięgniemy po tę książkę – na pewno nie będzie to czas stracony. Miłoszewski wprowadza wieloznaczności, nic nie jest oczywiste, zdarzenia nie układają się tak, jak tego oczekujemy od początku. Historia nie przebiega tak jak każda historia miłosna, jak każda historia narodu, nie jest taka jak zawsze, ale jak zawsze autor trzyma czytelnika w szachu do ostatnich stronnic swej powieści. Książkę mogę z czystym sumieniem polecić, jednak wymaga ona od czytelnika pewnego dystansu – do siebie, do ludzi, pewnego zrozumienia ich postępowania. Wymaga też czasu – trudno się oderwać, a po przeczytaniu łatwo wpaść w wir kontemplacji. Obok tej powieści trudno przejść obojętnie. Historia zawsze układa się inaczej, o tym między innymi jest ta książka, ale wyborów dokonujemy jak zawsze tych samych.

Karolina Trela
karolinaa.trela@gmail.com

Źródła:
1.      Z. Miłoszewski. Jak zawsze. Warszawa 2017.


Jedni tłumaczą to faktem, że moda zawsze wraca, inni – ci o dość makabrycznym poczuciu humoru – mówią, że to nostalgia za czasami, kiedy nie było nas jeszcze na świecie. Festiwal nawiązań do lat 80. widać w na wybiegach, w filmie (wystarczy wspomnieć zeszłoroczne premiery To, Atomic Blonde czy kolejnego sezonu Stranger Things), nowinkach technicznych i oczywiście w muzyce. Podczas gdy legendarni wykonawcy z tamtych czasów czują się świetnie i wciąż koncertują, do gry wchodzą kolejni artyści z wizją imitowania brzmienia sprzed lat. Dobry przykład to Confrontational, zespół, którego płyta The Burning Dawn ukazała się pod koniec ubiegłego roku.


Szukając informacji na temat autorów tego projektu, nie znalazłam zbyt wiele. Wiadomo, że album nagrano we Włoszech; znane są również nazwiska osób śpiewających w poszczególnych utworach. Wyróżnia się wśród nich Cody Carpenter – syn tego Johna Carpentera, reżysera i kompozytora muzyki filmowej, znanego między innymi z kultowej ścieżki dźwiękowej Ucieczki z Nowego Jorku. Podobne brzmienia da się usłyszeć również na The Burning Dawn, ale na tym trop się urywa. Tajemnica otaczająca produkcję, zapewne nieprzypadkowo, całkowicie współgra z klimatem albumu i sprawia, że jest jeszcze ciekawszy.

Liczący dziewięć utworów The Burning Dawn zaskakuje przede wszystkim spójnością. Od warstwy tekstowej, przez wokalną, aż po okładkę, wszystko wydaje się opowiadać tę samą historię, utrzymaną w atmosferze grozy. Dreszczyk pojawia się już podczas pierwszego utworu – Set the Night Ablaze – i towarzyszy nam do samego końca. A co dzieje się pomiędzy tym początkiem i końcem? Niesamowita parada nawiązań do brzmienia lat 80., można by rzec – orgia syntezatorów i automatów perkusyjnych. Miejscami słychać tu New Order, czasem The Cure, zdarza się nawet solówka w stylu Iron Maiden (mój ulubiony fragment płyty). Całość nie brzmi jednak odtwórczo. Można się nawet zastanowić, czy wypada rozpatrywać ten album jako stylizację – jest ona tak konsekwentna, że aż niewidoczna; zupełnie jak gdyby twórcy funkcjonowali muzycznie w latach 80. i po prostu chcieli nagrać sobie płytę.

Najjaśniejsze punkty tego krótkiego, bo trwającego tylko czterdzieści minut albumu to zdecydowanie Queen of Vengeance oraz Fade / into the Burning Dawn, utwór poniekąd tytułowy. Nawet jeśli na kimś nie robi wrażenia klimat serwowany przez Confrontational, musi docenić kompozycje – są chwytliwe i brzmią tak, jak gdyby były wręcz gotowe na stanie się ścieżkami dźwiękowymi kolejnych filmów, a następnie evergreenami.

Przyznam szczerze, że gdybym nie wiedziała, że słuchana przeze mnie płyta została wydana w 2017 roku, i tak nie dałabym się nabrać, że to autentyczny album z lat 80. – o czymś tak dobrym na pewno usłyszałabym wcześniej. Zdecydowanie polecam, nieważne, czy żyjecie w XXI, czy może jeszcze w XX wieku.

Karolina Kuś
karolina.kus@vip.onet.pl


Wraz z rozwojem nauki, technologii, postępują również inne dziedziny. Jakkolwiek każda z nich jest nieprzeceniona i niezwykle ważna, warto pochylić się zwłaszcza nad medycyną i jej najnowszymi osiągnięciami. Poniżej przytoczę jedynie kilka spośród wielu,zasługujących na uwagę.

Sztuczna siatkówka
Naukowcy z Centrum Neurologii Instytutu Technicznego we Włoszech opracowali sztuczną siatkówkę. To oznacza szansę na odzyskanie wzroku dla milionów ludzi. Zwyrodnienia tego organu są odpowiedzialne za większość przypadków ślepoty. Jak to działa? Prototyp implantu zmienia światło wpadające do oka w sygnały elektryczne. Te z kolei stymulują komórki nerwowe narządu(odpowiedzialne za przekazywanie bodźców wzrokowych do mózgu).
Ostateczne wyniki testów mają być znane już w tym roku. Sztuczna siatkówka może zrewolucjonizować leczenie ślepoty.
Wytwarzanie krwi z komórek macierzystych
To niewątpliwie ogromny sukces brytyjskich uczonych z University of Bristol i National Health Service Blood and Transplant. Chodzi o innowacyjną metodę, polegającą na zmianie komórek macierzystych szpiku kostnego w komórki krwi.
Sztuczna krew ma przewagę nad tą pobieraną, bo zmniejsza ryzyko przenoszenia chorób zakaźnych. Ponadto jest idealną alternatywą dla osób o rzadkiej grupie, którym trudno znaleźć perfekcyjnie dopasowanych dawców.
Niestety, wspomniana technika wymaga jeszcze udoskonalenia, gdyż należy przystosować sposoby laboratoryjne do produkcji masowej. Dlatego omówiona metoda jest na razie bardzo kosztowna.
Polska proteza ucha środkowego
Polscy uczeni z AGH w Krakowie stworzyli innowacyjny implant ucha środkowego, który wszczepiono 6 osobom z uszkodzonym narządem słuchu. „Otoimplant” umożliwia rekonstrukcję kosteczek słuchowych oraz eliminuje zakażenia bakteryjne. O jego wyższości nad powszechnie stosowanymi implantami tytanowymi stanowi lekkość, a także wspomniane działanie antybakteryjne. Dla pacjenta oznacza to szybszą rekonwalescencję i mniejsze ryzyko powikłań czy infekcji.
„Otoimplant” to szansa na poprawę słuchu dla ludzi z uszkodzonym łańcuchem kosteczek słuchowych wskutek stanów zapalnych, urazów, wad wrodzonych.
Przywrócenie świadomości pacjentowi w stanie wegetatywnym
Francuscy lekarze przywrócili stan minimalnej świadomości mężczyźnie, który przez 15 lat przebywał w stanie wegetatywnym na skutek rozległego uszkodzenia mózgu. Zastosowano terapię, w trakcie której pacjentowi wszczepiono stymulator nerwu błędnego.
Dotychczas stan wegetatywny utrzymujący się przez 12 miesięcy uznawany był za nieodwracalny. Naukowcy szukali więc do swojej eksperymentalnej terapii najtrudniejszych przypadków, aby wykluczyć ewentualną poprawę na skutek działania przyczyn losowych.
Polepszenie stanu pacjenta stwierdzono wykonując szereg badań. Mężczyzna, który zachowywał niektóre reakcje (typu samodzielne oddychanie), ale jednak nie kontaktował się ze światem, po terapii jest w stanie nawiązać prosty kontakt, a także posiada minimum świadomości o własnej osobie.
Mimo sceptycyzmu wielu środowisk naukowych (wynikającego z faktu, iż stan wegetatywny nie jest do końca zbadany i niejednokrotnie zdarzają się niewytłumaczalne przypadki powrotu do pełnego zdrowia pacjentów), istnieje nadzieja na pomoc dla innych w podobnym stanie.
Medycyna czyni cuda
Ciągły wysiłek, pokonywanie granic, tworzenie i doskonalenie sprawiają, że człowiek zyskuje coraz większą kontrolę nad swoim ciałem i zdrowiem. Wydłuża się życie, poprawia się jego jakość. Wiele chorób czy schorzeń przestaje być wyrokiem. Osiągnięcia lekarzy i naukowców to milowe kroki w rozwoju człowieka.

Justyna Kania
marie.kramer@onet.pl

Źródła:
1.      http://dzienniknaukowy.pl/zdrowie/sztuczna-siatkowka-moze-przywrocic-wzrok-milionom/;
2.      http://dzienniknaukowy.pl/zdrowie/opracowano-nowa-metode-produkcji-krwi-masowa-skale/;
3. http://www.gazetakrakowska.pl/wiadomosci/krakow/a/wszczepiono-pierwsza-proteze-ucha-srodkowego-stworzona-na-agh/;
4. http://dzienniknaukowy.pl/zdrowie/naukowcy-przywrocili-swiadomosc-mezczyznie-ktory-15-przebywal-stanie-wegetatywnym/.

Wielu czytelnikom nieobce są zapewne powyższe pojęcia. Spotykamy się z nimi coraz częściej w popkulturze. Nierzadko używamy ich potocznie w niewłaściwym znaczeniu. Bo też, jak się nad tym bardziej zastanowić, to nie mamy dokładnej wiedzy, co to właściwie znaczy: „być psychopatą”.


Wyobraź sobie, że pewnego dnia otwierasz oczy rano i czujesz się jakoś inaczej. Powinieneś iść do pracy, ale nie masz ochoty, więc zostajesz w domu. Jesteś głodny, ale nie masz nic w lodówce, więc idziesz do osiedlowego sklepu. Przychodzi ci do głowy, jak zabawnie byłoby po prostu zabrać zakupy bez zapłacenia za nie. Ta głupia kasjerka w ogóle się nie zorientuje. Więc po prostu, jak gdyby nigdy nic, korzystając z jej chwili nieuwagi, wychodzisz. Uśmiech nie schodzi ci z twarzy. Czujesz przyjemny dreszcz. Przechodzisz na czerwonym, nic nie jedzie. Dzwoni twoja mama. Mówi, że bardzo źle się czuje, pyta, czy przyjdziesz do niej, bo nie chce być sama w takim stanie. Szybko wymyślasz wymówkę o tym, jak bardzo jesteś zapracowany i dodajesz, jak okropnie ci przykro. Po czym rozłączasz się i śmiejesz sam do siebie. W drodze ze sklepu do domu zauważasz, że już wyszła nowa część twojej ulubionej gry. Wprawdzie powinieneś opłacić najpierw rachunki, ale rachunki to nuda. A ty chcesz teraz zagrać. Przychodzi ci do głowy, że gra stanieje po jakimś czasie od premiery, ale przecież ty chcesz zagrać TERAZ. Wracasz do domu, pies skomli – potrzebuje wyjść na dwór. Dopiero stamtąd wróciłeś, nie masz ochoty wyprowadzać teraz psa. Zwierzę nie przestaje zawodzić i plątać ci się pod nogami. Strasznie ci to przeszkadza, więc z całej siły kopiesz głupiego kundla, zdenerwowany. W końcu się uspokoił. Zadwolony zasiadasz do gry... Można tak w nieskończoność. Sęk w tym, że większość z nas nie postępuje w ten sposób na co dzień. Niektórym w życiu nie przyszło do głowy, by zachować się, jak powyżej. Inni miewają od czasu do czasu chęć, by tak zrobić, ale za bardzo obawiają się konsekwencji. Jeśli jednak jesteś w stanie zidentyfikować się z powyższym opisem, prawdopodobnie możesz być psychopatą.

O co w tym wszystkim chodzi?
Kiedy przeciętny człowiek słyszy słowo „psychopata”, przed oczami najczęściej staje mu śmiejący się szaleńczo potwór, ociekający krwią, z nożem albo piłą mechaniczną w ręce. Za sprawą popkultury nastąpiła ostatnio moda na „psychopatię”, a zarówno duży, jak i mały ekran kochają seryjnych morderców. Jednym z najbardziej chyba znanych filmowych „psychopatów” jest Hannibal Lecter – ponadprzeciętnie inteligentny mistrz manipulacji, kanibal.  Niektórym określenie „psychopata” przywołuje skojarzenie innej ekranowej kreatury – Normana Bates’a z Psychozy. Obie postacie wykreowane zostały najpierw w powieściach, obie budzą grozę, a w niektórych może nawet odrazę, wreszcie obie łączy jeszcze jedna cecha – to nie psychopaci. Zacznijmy od tego, że pojęcie „psychopatii” nie istnieje aktualnie jako oddzielna jednostka chorobowa w obowiązujących klasyfikacjach psychiatrycznych: amerykańskiej DSM oraz europejskiej ICD. Określenie to jest bardziej potoczne niż oficjalne, a najbliżej mu do zaburzenia pod nazwą „osobowość dyssocjalna”, zwanego także „osobowością antyspołeczną”. Jak przedstawiła w swojej książce dr Marta Stout, DSM-IV sugeruje rozpoznanie kliniczne tej choroby w przypadku występowania przynajmniej trzech cech z poniższej listy:

1. niezdolność do przestrzegania norm społecznych
2. nieuczciwość, skłonność do manipulacji
3. impulsywność, nieumiejętność planowania przyszłości
4. drażliwość, agresja
5. lekkomyślne nieposzanowanie bezpieczeństwa własnego i innych
6. konsekwentna nieodpowiedzialność
7. brak wyrzutów sumienia

Polski psycholog Kazimierz Pospiszyl jako wytyczne zaburzenia podaje obecność trzech trwałych deficytów u chorego: emocji, uczenia się oraz relacji interpersonalnych. Pierwszy w oczywisty sposób prowadzi do braku zahamowań. Lęk na przykład jest głównym czynnikiem powstrzymującym nas przed robieniem niebezpiecznych dla nas rzeczy. Przy jego nikłej ilości lub jeśli nie ma go wcale, nie działa główny hamulec, a w takiej sytuacji człowiek może posunąć się do czynów, które przerażają innych. Deficyt uczenia się powoduje naturalnie, że dotknięty dyssocjalnym zaburzeniem osobowości nie potrafi wyciągać wniosków z doświadczeń. To może wyjaśniać skąd bierze się recydywa wśród przestępców. Z kolei to, jak ubogie są u chorego na antysocjalne zaburzenie osobowości relacje interpersonalne, znajduje odzwierciedlenie w tym, że najbliżsi nie są dla niego niczym więcej niż narzędziem do osiągania celów, podobnie jak reszta ludzkości. Wielu psychiatrów skłania się ku twierdzeniu, że psychopaci (jak teraz będę ich dla uproszczenia nazywać) nie potrafią kochać. Występują u nich skłonności do zawierania wielu krótkotrwałych relacji. Pewnie zastanawiasz się, jak to możliwe, że ktoś dobrowolnie wchodzi w takie związki. Otóż psychopaci nie potrafią współodczuwać, ale doskonale wychodzi im udawanie tego. James Fallon opisuje w swojej książce Mózg psychopaty, że u człowieka wyróżnić można dwa rodzaje empatii. Tzw. „chłodna”, racjonalna, polega na wykształceniu tzw. „teorii umysłu”. Innymi słowy, człowiek jest w stanie przyswoić teoretyczne informacje o tym, w jaki sposób inni czują. Natomiast „gorąca”, emocjonalna empatia polega na rzeczywistym współodczuwaniu. Inaczej mówiąc: możesz wiedzieć, że kiedy kogoś uderzysz, będzie go to bolało, a jednocześnie „nie czuć” tego. W takiej sytuacji nie masz oczywiście żadnych wyrzutów sumienia, gdyż owo tajemnicze „sumienie” jest mocno związne ze współczuciem. U psychopatów, jak już możesz się domyślić, występuje właśnie taka sytuacja: potrafią oni świetnie nauczyć się teorii emocji, ale sami nie czują tego co inni. Dlatego mogą zadawać ból i rujnować czyjeś życie, jednocześnie nic sobie z tego nie robiąc. Co gorsza, niektóre badania sugerują, że psychopaci są wręcz sprawniejsi w odczytywaniu emocji innych ludzi niż osoby niedotknięte antyspołecznym zaburzeniem osobowości. To m.in. dlatego mogą być tak perfekcyjnymi aktorami, odgrywającymi rolę normalnego, pełnego współczucia człowieka. Odwrotna sytuacja występuje u osób ze spektrum autyzmu – ich mózgi funkcjonują inaczej, przez co nie są one w stanie w automatyczny sposób przyswoić teorii umysłu, natomiast nie są pozbawione gorącej, emocjonalnej empatii. No chyba że przy okazji są też psychopatami.

Geneza psychopatii
W tym miejscu odniosę się również do znanego niektórym określenia „socjopata”. Wiele osób zastanawia pewnie fakt, czym takim różni się „socjopata” od „psychopaty”. Oba pojęcia nie są oficjalnie w ICD-10. Oba też krążą wokół zespołu zachowań i zaburzeń, które częściowo pokrywają się z antyspołecznym zaburzeniem osobowości. Rozróżnienie między psycho- i socjopatią wynika natomiast z różnych przyczyn, jakie badacze uznają za kluczowe w rozwoju zaburzenia. Ci, którzy skłaniają się ku hipotezie, że to przede wszystkim otoczenie, środowisko kształtuje chorego, używają raczej pojęcia socjopatia. Z kolei naukowcy skupiający się na biologicznych, genetycznych podstawach zaburzenia, wolą określać je psychopatią. Obecnie psychiatrzy nie mają jednej, wyczerpującej i pewnej odpowiedzi na pytanie, skąd się bierze psychopatia. Wiadomo natomiast, że jednym z winowajców może być tzw. gen wojownika. Nazywa się MAOA i występuje w dwóch wersjach. W tej z krótszym promotorem obecny jest u wielu najgroźniejszych przestępców i wytwarza mniej monoaminooksydazy A, co w dużym uproszczeniu prowadzi do podwyższonej produkcji neuroprzekaźników związanych z silnymi emocjami: dopaminy, noradrenaliny i serotoniny. Serotonina działa na mózg człowieka już w życiu płodowym. U posiadaczy genu wojownika mózg „pływa” więc w serotoninie już w łonie matki. Ponieważ organizm dąży do równowagi, odpowiedzią na tak dużą ilość neuroprzekaźnika jest zmniejszenie jego produkcji oraz osłabienie wrażliwości na niego. Nie tylko receptory, ale całe komórki nerwowe ulegają przekształceniom, by słabiej reagować na serotoninę. Skutkiem tego wszystkiego jest sytuacja, gdy w późniejszym życiu układ nerwowy wzburzonego człowieka powinien zareagować na podwyższony poziom serotoniny i wyciszyć agresję, ale tego nie robi. Albo reaguje, ale dopiero kiedy przekaźnika zbierze się już bardzo dużo, a w międzyczasie posiadacz genu wojownika zdążył już np. rozbić szybę w sklepie albo pobić żonę. To może wyjaśniać także obserwowaną u psychopatów skłonność do poszukiwania mocnych wrażeń. Są mniej wrażliwi niż osoby z prawidłowo działającym układem serotoninergicznym na mocne wrażenia, słabiej się hamują. Dlatego, żeby poczuć to samo, co zdrowy kolega w trakcie zbierania grzybów, psychopata musi np. skoczyć na bungee. To również może popychać te osoby w stronę różnych nałogów. „Życie na krawędzi” – to ulubiony styl życia psychopatów. Nie pomaga podwyższony poziom dopaminy, która w dużym skrócie związana jest z ośrodkiem nagrody, a w większej ilości popycha psychopatę do ciągłego poszukiwania wrażeń. By odczuć satysfakcję, musi on stymulować się coraz silniejszymi emocjonalnie, coraz bardziej ryzykownymi zachowaniami. To prowadzi nierzadko do uzależnień od hazardu, narkotyków, a w najbardziej ekstremalnym przypadku do przemocy i makabrycznych zbrodni. Innym czynnikiem biologicznym, którego podejrzewa się o kształtowanie psychopatycznej osobowości, jest dodatkowy chromosom Y u mężczyzn (posiadacze kariotypu XYY wykazują zwiększoną skłonność do agresji i nadpobudliwość, nie jest więc zaskoczeniem, że do tej grupy należy wielu osadzonych w więzieniach). Jeżeli zaś chodzi o czynniki środowiskowe, dotychczas zaobserwowano korelację pomiędzy rozwojem antyspołecznego zaburzenia osobowości, a: dorastaniem w niepełnej rodzinie (przy czym częściej dyssocjalną osobowość diagnozowano u osób, których rodzic był nieobecny z powodu rozwodu niż śmierci), a także utratą obojgu rodziców w dzieciństwie, byciem trwałą ofiarą przemocy w okresie dorastania, niekonsekwentnym stylem wychowania przez rodziców –  tzw. chwiejnością rodzicielską, klimatem w rodzinie poprzedzającym rozwód (częste kłótnie), emocjonalnym odrzuceniem przez jednego z rodziców, ubóstwem materialnym rodziny, nadopiekuńczą lub oziębłą emocjonalnie matką, wreszcie modelowaniem przez psychopatycznego rodzica. W ostatnim przypadku czynnik środowiskowy może się oczywiście łączyć z genetycznym.

Rozpoznawanie psychopatii
Robert D. Hare (psycholog kryminalny, specjalista od psychopatii) zaproponował w 1980 r. model PCL-R – Skalę Obserwacyjną Skłonności Psychopatycznych. Na jej podstawie typowego psychopatę charakteryzują:

1.      - wygadanie, powierzchowny urok (dlatego psychopaci nas czarują i tak łatwo dajemy im się nabrać)
2.      - wybujałe poczucie własnej wartości
3.     - potrzeba stymulacji, podatność na nudę (stąd zapewne skłonność do podejmowania ryzykownych zachowań oraz uzależnień)
4.      - patologiczne kłamstwo
5.      - przebiegłość/manipulacyjność
6.      - brak skruchy, poczucia winy
7.      - powierzchowność, płytkość zachowań (ograniczona ekspresja emocji)
8.      - bezduszność, brak empatii („gorącej” empatii)
9.      - pasożytniczy styl życia
10.  - słaba kontrola zachowania (marny instynkt samozachowawczy)
11. -  rozwiązłość seksualna
12.  - wczesne problemy z zachowaniem (w przypadku osobowości dyssocjalnej jednym z kryteriów diagnostycznych jest przestępczość przed osiągnięciem 15 roku życia)
13.  - brak realnych, długoterminowych celów
14.  - impulsywność
15.  - nieodpowiedzialność
16. - nieprzyjmowanie odpowiedzialności za swoje własne czyny (zawsze winne jest otoczenie, inni ludzie, czynniki zewnętrzne. Albo nie ma o czym mówić, bo nie stało się nic złego – psychopata zawsze znajdzie racjonalne wytłumaczenie dla swoich poczynań)
17.  - wiele krótkotrwałych związków
18.  - przestępstwa, wykroczenia w młodocianym wieku
19. - cofnięcie warunkowego zwolnienia w przeszłości (prawdopodobnie powiązane z nieumiejętnością wyciągania wniosków z doświadczeń, deficytem uczenia się)
20.  - kryminalna wszechstronność.

W 1963 r. John MacDonald zaproponował teorię tzw. triady socjopatycznej. Obejmuje ona trzy rodzaje zachowań, które znaleziono w historii dzieciństwa większości seryjnych morderców, trzy objawy, których występowanie u dziecka może zwiastować rozwinięcie się w przyszłości osobowości dyssocjalnej. Są to: enureza – mimowolne moczenie się, zamiłowanie do podpalania i okrucieństwo wobec zwierząt. Jeśli więc znasz jakieś dziecko, które powinno już wyrosnąć z pieluszek, a jednak wciąż ma problem z kontrolą zwieraczy, lubi bawić się ogniem i dręczy zwierzęta, radzę na nie uważać. A teraz poważniej: diagnozy wszelkich chorób i zaburzeń postawić mogą jedynie specjaliści. Niniejszy tekst nie służy temu, by ktokolwiek diagnozował siebie, bliskich czy inne osoby ze swojego otoczenia.  Jest za to próbą zaspokojenia z jednej i podsycenia z drugiej strony ciekawości, która pojawia się, gdy mamy do czynienia ze złem w najczystszej postaci – w przypadku psychopatów często tyleż urzekającej co morderczej postaci.

W tym miejscu muszę uczciwie przyznać, że nie tylko nie przekazałam w powyższym artykule nawet ułamka wiedzy na temat psychopatii, ale nawet nie wyjaśniłam do końca kwestii rozróżnienia psycho- od socjopatii i dyssocjalnego zaburzenia osobowości. Dlatego zostawiam Cię, Drogi Czytelniku, z tą maleńką porcją informacji, tak na początek, i obiecuję powrót do psychopatów w następnym artykule. Może zaciekawi Cię, jeśli powiem, że w kolejnym tekście trochę namieszam i wywrócę do góry nogami to, co przeczytałeś tutaj?

Elżbieta Szarner
ela.szarner@gmail.com
Zdjęcie: Karolina Kopacz


Źródła:
1.      R. Hare: Psychopaci są wśród nas, Kraków 2006;
2.      H. Cleckley: The Mask of Sanity, Augusta 1988;
3.      J. Fallon: Mózg psychopaty. Sopot 2017;
4.      K. Dutton: Mądrość psychopatów. Warszawa 2017;
5.      M. Stout: Socjopaci są wśród nas. Kraków 2017.

Psychopatia czy socjopatia?

/ 13 kwietnia
Wielu czytelnikom nieobce są zapewne powyższe pojęcia. Spotykamy się z nimi coraz częściej w popkulturze. Nierzadko używamy ich potocznie ...

Nie ma osoby żyjącej w naszej społeczności, która by przynajmniej raz nie skorzystała z mediów.  Nic w tym dziwnego, przecież dzisiaj są one wszechobecne. Czy jednak nie wpływają na nas negatywnie?


W idealnym świecie media powinny służyć m.in. do rozrywki i edukacji, miałyby też za zadanie dostarczać nam rzetelnie opracowanych i prawdziwych informacji. I mogłoby się wydawać, że tak przecież jest, przecież to właśnie media robią. Bawią, uczą i informują. Ale czy na pewno?

Drugie oblicze mediów
Oglądając przekaz, np. w telewizji, niekoniecznie zdajemy sobie sprawę, jak często jesteśmy wprowadzani w błąd. Obiektywność to pojęcie, którego dzisiejsze media informacyjne zdają się nie znać. Podobnie zresztą jak rzetelności, transparentności, szczerości, etyki czy nawet kompetencji. Nie ważne, jakie to medium; nie ważne, jaka opcja polityczna, gdyż nawet media informacyjne, które miały być apolityczne, dziś jasno dają do zrozumienia, że nimi nie są. I tak naprawdę nietrudno zorientować się, po której stronie jakie medium stoi. Media od początku kreują nam rzeczywistość, jednak często tak naciągniętą, że oglądając serwisy informacyjne różnych stacji, można odnieść wrażenie, że żyjemy w kilku różnych krajach. Raz jest to kraina mlekiem i miodem płynąca, innym razem koszmar na Ziemi, z którego należy jak najszybciej uciekać. Również Facebook i Instagram nie są wolne od przekoloryzowania rzeczywistości. Ktoś, kto ma tysiąc znajomych na Facebooku, może tak naprawdę być bardzo samotny. A cudowne zdjęcia z Instagrama? Od tego są filtry i edytory zdjęć. Co do filtrów, w naszych telefonach są już opcje do zrobienia idealnego selfie, które sprawiają, że wyglądamy jak lalki Barbie – nierealnie. W tym wszystkim są te nasze media informacyjne, którym chcemy wierzyć, które miały nam dostarczać prawdy, ale czy to im się jeszcze opłaca? Przecież nie one, a tabloidy przyciągają największą uwagę. Świadczą o tym choćby rankingi sprzedaży prasy, które nie pozostawiają złudzeń – tabloidy konkurencję zostawiły daleko w tyle. W pierwszym półroczu 2017 roku „Fakt” sprzedał aż 271 tys. egzemplarzy, podczas gdy najwyżej uplasowana gazeta z kategorii mediów informacyjnych, „Gazeta Wyborcza” (trzecia w zestawieniu, drugi był „Super Express”) tylko 133 tys. Dlaczego tak jest? Na to pytanie powinien odpowiedzieć sobie każdy, kto zamiast poczytać chociażby o konflikcie na linii Ameryka–Korea Północna albo zerknąć na proponowane przez rząd ustawy i wtedy już z odpowiednią wiedzą je hejtować, sięga po najnowsze doniesienia np. na temat życia Kardashianek. I nie rzucam tu kamieniem, bo też zdarza mi się zajrzeć na tego typu strony (w końcu uczono mnie, że jako aspirujący dziennikarz powinnam czytać wszystko). Zawsze jednak zaglądając na nie, robię to ze świadomością, że większość rzeczy tam wypisanych to niczym nie potwierdzone plotki lub click-baity. Na Facebooku obserwuję niejedno medium, które tabloidem miało nie być, a najczęściej jednak dostarcza mi tylko atrakcji pod postacią tytułów ze znakami zapytania typu Iks Iksiński wrócił do swojej eks? lub tych sugerujących mi (i nie tylko mi) jakieś rewolucyjne rozwiązanie, które jest na wyciągnięcie ręki, np. Rewolucyjny sposób na odchudzanie. Schudnij pięć kilo w jeden dzień!. Takie informacje znajdą się pewnie na tablicy niejednego użytkownika Facebooka. Tytuły te jednak często oznaczają, że w materiale nic ciekawego nie ma, a na postawione pytanie możemy od razu odpowiedzieć „nie”, bez potrzeby wchodzenia w materiał. Pół biedy, jeżeli jednak zerkniemy na artykuł i przeczytamy tylko zwykły stek bzdur, tracimy tu co najwyżej nasz cenny czas. Często jednak, przeglądając niektóre „portale informacyjne”, możemy natknąć się na materiały oznaczone jako sponsorowane, np. Schudnij pięć kilo w jeden dzień dzięki jednej prostej metodzie!, które są nie tylko stekiem bzdur, ale mogą być też szkodliwe dla osób, które w przekaz w nich zawarty uwierzą. W najlepszym wypadku stracą one mnóstwo pieniędzy na produkt, który nie zadziała, w najgorszym mogą sobie poważnie zaszkodzić. Kto jednak weźmie za to odpowiedzialność? Z pewnością nie media, które udostępniają tego typu treści. Dla mnie to takie „hej, my mamy kasę, a wy sobie róbta co chceta, nic nas to”. Kolejną rzeczą, o której nie sposób nie wspomnieć, jest to, co się dzieje na portalu YouTube. Pranksterzy, eksperymenty społeczne, które robią więcej złego niż dobrego, to tylko przykłady perełek, na jakie można się natknąć. Pomijam challenge, gdyż jakkolwiek logiki w Spróbuj się nie popłakać challenge nie dostrzegam, to jednak wielkiej krzywdy nikomu to nie zrobi. Ale są materiały, które już ją zrobić mogą. Jak chociażby ustawiane eksperymenty społeczne, pokazujące „rzeczywistość” często od zupełnie nierealnej strony czy równie wiarygodne pranki. Jest to groźne szczególnie dla dzieci, które mogą nie zrozumieć, że patrzą na zainscenizowany teatrzyk i odbierać to jako prawdę, bo przecież ich idol by nie skłamał. I raczej nie byłoby dobrze, gdyby próbowały naśladować tego typu rzeczy i na przykład nadały się paczką czy rozbierały się w galerii handlowej, bo ktoś przedstawia to jako fajną, luźną zabawę. YouTube jest też niebezpieczny, ponieważ dosłownie każdy może na nim publikować, dzięki czemu natykamy się tam również na „bohaterów”, którzy uważają, że to zabawne zainscenizować swoją śmierć (i to bezpośrednio na oczach dzieci). Jedyne, czego uczą ci herosi (i to nie tylko dzieci), to brak jakiegokolwiek szacunku i zasad moralnych, czego przykład dał ostatnio pewien eks viner, a obecnie jeden z bardziej popularnych kreatorów na YouTubie, który pokazał swojej widowni kompletny brak jakichkolwiek zasad moralnych, publikując zbliżenia ciała samobójcy z niesławnego już Lasu Samobójców. Youtuber ten ma zresztą bardzo młodą widownię. Nie chcę jednak mówić, że media są złe. Bo nie są. Na samym YouTubie jest tysiące kanałów z bardzo wartościową treścią, zarówno edukacyjną, jak i rozrywkową. To również platforma, która pozwala utalentowanym ludziom podzielić się swoimi zdolnościami ze światem. Z kolei portale informacyjne dostarczają nam wiedzy o świecie, a tej przecież potrzebujemy. Chodzi mi tu bardziej o zrozumienie tego, że kiedy ma się do czynienia z mediami, trzeba uważać, bo ich świat jest kreowany przez różnych ludzi i nie każdy z nich zasługuje na zaufanie, dlatego najlepiej podchodzić do tego, co widzimy, krytycznie i z dystansem.

Jak manipulują nami media?
Media manipulują nami na wiele (często niezauważanych) sposobów. I tu tkwi problem. Jak możemy bronić się przed czymś, czego nawet nie jesteśmy świadomi? Media nie grają z nami fair i tę niewiedzę wykorzystują. Chociażby poprzez granie na naszych emocjach. I nie jest to wcale takie trudne. Wiele ludzi nie zdaje sobie sprawy, ile jest w stanie zdziałać odpowiedni montaż, kolorystyka, muzyka, efekty. A to właśnie dzięki nim każdy materiał można przedstawić na różne sposoby. Każdy. Powiedzmy, że nagraliśmy scenę, jak ktoś je bułkę na ławce w parku. Jeżeli przygasimy kolory, puścimy smutną muzykę w tle, odpowiednio zmontujemy ujęcia, możemy wmówić odbiorcy, że osoba ta jest smutna, gdyż nie może sobie pozwolić na to, żeby jeść tę bułkę gdzie indziej, a może nawet nie chciałaby jeść tej bułki, a cokolwiek innego. Scenę tę można przerobić jeszcze wiele razy – tak, by za każdym razem pasowała do innej emocji. I powiedziałabym, że mistrzami grania na emocjach poprzez odpowiednie techniczne przygotowanie materiału są media informacyjne (wystarczy porównać chociażby relacje z marszów, przedstawiane przez różne serwisy). Ale niestety nie, wyprzedzają ich Azjaci. Człowiek pięć minut siedzi, wypłakując oczy przez przykry żywot biednego bezdomnego, żeby na końcu dowiedzieć się, że obejrzał reklamę drzwi antywłamaniowych... Pisząc jednak o montażu, nie sposób nie wspomnieć o kolejnej metodzie manipulacji. Swojego czasu w mediach informacyjnych, które opowiadały się za polityką przyjmowania uchodźców, pełno było świetnie zmontowanych i skadrowanych materiałów pokazujących cierpiące kobiety i dzieci. I co? I okazało się, że niestety nie do końca tak to wyglądało. Czy można więc bezkrytycznie ufać w cokolwiek, co media nam pokażą? Pamiętajmy, że z odpowiedniej perspektywy sto osób może okazać się ogromnym tłumem, podczas gdy z innej tylko garstką ludzi. Kolejną metodą manipulacji jest powoływanie się przez media na ekspertów i autorytety. Czy można jednak ślepo wierzyć w to co mówią? Nie zawsze. Obserwując media informacyjne, można zobaczyć, że nie zapraszają do siebie zbyt chętnie osób, które nie zgadzają się z ich linią programową. No bo po co?  Wystarczy sobie wyobrazić, że TVP i TVN zamieniłyby się ekspertami czy specjalistami i każdy z nich dalej przedstawiałby poglądy takie jak w swojej „rodzimej” stacji. Nie wiem, czy odbiorcy znieśliby taką zmianę w linii programowej. To samo dotyczy autorytetów, którymi nierzadko są celebryci. Każda stacja, partia i organizacja mają swojego ulubionego celebrytę i nieważne, że mówi on takie bzdury, że głowa mała, ważne, że jest osobą lubianą i popularną, a te mają większą zdolność do przekonywania ludzi i nakłaniania ich do niektórych rzeczy. Człowiek zaślepiony swoim idolem może nie zauważyć, że mija się z prawdą i to w sposób rażący. Kolejnym przykładem manipulacji mediów jest wyrywanie wypowiedzi z kontekstu. Wyobraźmy sobie, że ktoś powie: Ja nie lubię Polski, ja ją kocham. Bardzo łatwo jest wyciąć drugą część wypowiedzi i zostawić: Ja nie lubię Polski. Ale czy nie zmienia to całkowicie intencji mówiącego? W taki sposób można postąpić ze wszystkim. Dlatego tak ważne jest, że zanim podejmiemy opinię o osobie, której wypowiedź przytoczono w medium informacyjnym powinniśmy się zastanowić, czy ta osoba tak naprawdę chciała to powiedzieć. Być może jest to tylko kolejny zmanipulowany materiał, za pomocą którego ktoś chce nas nabić w butelkę. I jak już jestem przy nabijaniu w butelkę, to myślę, że to dobry moment, żeby wspomnieć o kolejnej metodzie manipulacji, czyli podawania tylko części danych, co kompletnie zmienia obraz sytuacji. Przytoczę tu dość głośną manipulację TVP, którą uważam za dość perfidną. Chodzi mi o materiał dotyczący rezydentów i luksusów, w jakie opływają (kawior i te sprawy). W materiale tym przedstawiono postać dr Katarzyny Pikulskiej i jej rzekome wakacje. W materiale nie dodano jednak, że przedstawiana wycieczka do Kurdystanu była tak naprawdę misją humanitarną, podczas której dr Pikulska ciężko pracowała. TVP sama zresztą o tym wtedy informowała. Jednak nie tylko TVP manipuluje swoimi materiałami. Robią to wszystkie stacje, chociażby główny przeciwnik TVP – TVN. Dlatego niezależnie, którą ze stacji oglądamy, musimy pamiętać, że ma ona swoją linię i będzie robić wszystko, żeby tylko pokazać temat od konkretnej strony. Następnym sposobem, jak media nami manipulują, jest częste powtarzanie jakiejś informacji, na przykład ciągłe pisanie o polskich obozach śmierci (Niemcy użyli tego sformułowania nawet w książce do historii). Niby każdy wie, o co chodzi, niby każdy wie, że przecież to naziści itd. Niby, ale czy na pewno? Pamiętajmy, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Na tej samej zasadzie działa ciągłe pisanie o uchodźcach przez jednych i o terrorystach wśród nich przez drugich. Niektórzy dziennikarze (chociaż powinnam chyba umieścić to słowo w cudzysłowie) potrafią manipulować nami, cytując osoby, które nie istnieją bądź ktoś się pod nich podszywa. Przypomnę sprawę z Tomaszem Lisem, który na poparcie swoich racji powoływał się na Twittera Kingi Dudy, problemem był jednak fakt, że nie był to profil prowadzony przez nią, a przez kogoś, kto się pod nią podszywał. Media informacyjne potrafią manipulować nami również za pomocą czasu antenowego i kolejności, w jakiej informacje są podawane. Te pierwsze i dłużej trwające wydają się ważniejsze. Kolejnym sposobem, manipulacji jest wybór tematów, o których media nas informują. Przywołam smutną historię Iwony Wieczorek. Zna ją chyba każdy, zwłaszcza że tak niedawno została odświeżona przez media. Jeżeli tu nie widzisz manipulacji, to zastanów się nad tym. Liczba Polaków uznawanych za zaginionych każdego roku liczona jest w tysiącach. Ile nazwisk tych ludzi znasz? Ile o nich wiesz? Media wybierają, o czym ludzie będą mówić. I uwierz, raczej nie pokażą Ci rzeczy dla nich nieopłacalnych.

Media potężną bronią w nieodpowiednich rękach
W krótkim artykule nie jestem w stanie przedstawić kompletnego szeregu technik i metod manipulacji przy jednoczesnym wytłumaczeniu, jak każda z tych technik czy metod działa. I nie jest to moim głównym celem. W artykule zwracam się raczej w stronę przekazania, że wszystko, co oglądamy, co przesłuchujemy i w końcu wszystko, co czytamy, zostało tam umieszczone przez człowieka. A człowiek z natury obiektywny nie jest. Co prowadzi do sytuacji, w których coś, co jest nam przedstawione jako fakt, może być tylko opinią osoby, która ten „fakt” przedstawia. Dlatego tak ważna jest krytyka w stosunku do tego, co przedstawiane, zwłaszcza jeżeli spojrzeć na to, do czego w przeszłości wykorzystywano media. Dobrym przykładem będzie II wojna światowa. Hitlera zna chyba każdy. Jego prawa ręka nie jest już jednak tak powszechnie rozpoznawana. Mowa oczywiście o Josephie Goebbelsie, następcy Hitlera, który po jego samobójstwie przez kilka godzin pełnił funkcję kanclerza III Rzeszy. Jego kariera nie trwała jednak długo, zakończył ją, popełniając samobójstwo wraz ze swoją żoną Magdą (gorliwą zwolenniczką Hitlera, która wcześniej zabiła również ich sześcioro dzieci). Jednak nie przez przypadek Hitler wskazał Goebbelsa na swoje miejsce. Mężczyzna był nie tylko jego prawą ręką, ale również ministrem propagandy, osobą, która doskonale rozumiała, jakie możliwości dają podporządkowane sobie media i jak z nich korzystać. Przede wszystkim trzeba było zadbać o to, żeby odbiorcy jego propagandy nie miały możliwości skorzystać ze źródeł innych niż jemu podporządkowane. Cenzura zapanowała w każdej dziedzinie mediów. Dziennikarze, którzy powinni rzetelnie informować swoich odbiorców, nie robili tego. Pisali tylko rzeczy wygodne dla Hitlera. Niemcy nie przeczytali w swoich gazetach o obozach koncentracyjnych, czytali za to o tym, jacy Polacy, Anglicy, Francuzi, Rosjanie i oczywiście Żydzi są źli. To samo oglądali w kinach, słuchali w radiu. Dziennikarze na polecenie szefa manipulowali ludźmi, nawet się z tym bardzo nie kryjąc, a ludzie nie mieli jak zweryfikować informacji, o ile nie chcieli się narazić na bardzo przykre konsekwencje. Wszystko w imię wodza. I wiemy, jak się to skończyło. Takich wodzów u nas nie ma, bo wbrew temu, co niektóre stacje próbują nam wmówić, nie jesteśmy Koreą Północną. Ale są pieniądze, w imię których zapomina się o etyce, moralności, empatii w każdym aspekcie życia. Czy nie będzie on więc dostępny również w mediach? Czy nie będzie wpływał na to, co one nam przekażą? Ale jeżeli człowiek ma tę świadomość, że ktoś nim chce manipulować, może się przecież przed tym obronić. Nie da się uciec od mediów. Ważna jest jednak pamięć, że media to biznes. Taki sam jak choćby Biedronka. Nie dostarczają Ci informacji charytatywnie. Mają swoją linię programową, której będą się trzymać, więc nie pokażą pełnego obrazu sytuacji, a tylko wycinek, który będzie pasować do ich światopoglądu. Pamiętaj, Ciebie też można przedstawić na sto różnych sposobów. W jednej chwili można z Ciebie zrobić cudownego człowieka lub zwykłego chama. Sprawdzaj źródła informacji, szukaj ich potwierdzenia, oczywiście nie wszystkich, bo czasu braknie, ale przynajmniej tych, które poruszają Cię najbardziej, bo inaczej kiedyś okaże się, że (podobnie jak to bywa z ofiarami pranksterów) zostałeś nabrany i to w sposób nadzwyczaj perfidny.

Źródło:
M. Kurdupski: „Fakt” liderem sprzedaży kioskowej po trzech kwartałach, tylko „Rzeczpospolita” na plusie (www.wirtualnemedia.pl/artykul/fakt-liderem-sprzedazy-kioskowej-po-trzech-kwartalach-tylko-rzeczpospolita-na-plusie#).

Agnieszka Cegieła
agac@onet.com.pl
Zdjęcie: Joanna Trąbka

Czy media nami manipulują?

/ 08 kwietnia
Nie ma osoby żyjącej w naszej społeczności, która by przynajmniej raz nie skorzystała z mediów.   Nic w tym dziwnego, przecież dzisiaj są ...

Przełom lat 80. i 90. Na szczycie list przebojów w USA pojawiają się młode zespoły eksperymentujące z brudnymi brzmieniami, takie jak Pearl Jam, Nirvana, Alice In Chains, Soundgarden…, a przez ich cień przebija się nieco odbiegające od normy The Smashing Pumpkins.


Dynie zostały założone w 1988 roku w Chicago z inicjatywy Williama Patricka „Billy’ego” Corgana. Pierwszy skład zespołu tworzyła basistka D’arcy Wretzky, perkusista Jimmy Chamberlin, gitarzysta James Iha oraz wokalista, a zarazem założyciel, Corgan (chociaż większość fanów jest ze sobą zgodna, że najważniejszymi członkami było przede wszystkim przerośnięte ego, despotyzm jak i niezaprzeczalny talent frontmana). Mimo dominacji „Wielkiej Czwórki z Seattle” i wysoko postawionej poprzeczki w czasach grungowego szału lat 90. „Dynie” osiągnęły ogromny sukces sprzedając 25 milionów płyt.

Niestety nie da się ukryć, że z biegiem czasu grupa została zdecydowanie przyćmiona przez ikony „Pokolenia X”, dlatego też według mnie warto zdmuchnąć kurz z ich pierwszych płyt takich jak Gish, kultowego Mellon Collie and the Infinite Sadness, a także Siamese Dream z 1993 roku, która zajęła 10. miejsce w notowaniach Billboardu. Ostatnia z wymienionych przyniosła ze sobą wiele znakomitych utworów w tym jeden z najbardziej rozpoznawalnych w historii zespołu — Disarm. Teledysk często gościł na antenie MTV, a także zgarnął nominacje (pierwsze w ich historii) do nagród MTV Video Music Awards w kategoriach najlepszy teledysk alternatywny i najlepszy montaż.

Dlaczego przywołuję akurat ten utwór? Ponieważ na jego podstawie można bliżej przyjrzeć się głębi, którą można dostrzec w twórczości „Dyń”. Aby osiągnąć szczyt, numer ten musiał zmierzyć się z licznymi problemami na swojej drodze, między innymi ze strony BBC oraz stacji radiowych w Wielkiej Brytanii, gdzie jego emisja została mocno ograniczona ze względu na fragment tekstu: cut that little child. Niejednokrotnie również zarzucano zespołowi nawiązywanie do tematu aborcji, co wynikało z indywidualnych interpretacji słuchaczy.

Możemy zadawać sobie pytanie „Co takiego wyjątkowego jest w kolejnej piosence opowiadającej o smutku i miłości? Jedna z wielu”. Zapewne wiele osób mogło ją tak zinterpretować, niestety motywem nagrania tej piosenki nie była miłość, a rosnąca nienawiść małego dziecka do ojca i matki. Dzieckiem tym był właśnie Corgan, który nie miał łatwego dzieciństwa. Po rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem i znaną nam z bajek „złą macochą”. Dodatkowo chłopiec musiał bardzo szybko dorosnąć ze względu na niepełnosprawnego psychicznie i fizycznie młodszego brata, którego opiekunem był przez wiele lat. Z takim bagażem doświadczeń chciał po latach dać upust swoim emocjom oraz zgromadzonemu za młodu bólowi. Zaowocowało to skomponowaniem utworu mającego na celu uświadomić rodzicom jak wiele cierpienia mu przysporzyli, jednocześnie frontman kawałek ten określa jako próbę ich morderstwa poprzez lirykę kompozycji.

Disarm jest przykładem utworu ukrywającego za licznymi metaforami prawdziwe uczucia artysty. Jak uważa sam Corgan, z pewnością posiada ona tyle interpretacji ilu słuchaczy. Począwszy od wyznania samotnego człowieka, poprzez poruszenie tematu aborcji, nieszczęśliwą miłość, a na zmaganiach dziecka kończąc. Właśnie to stanowi esencję tej piosenki, moim zdaniem również całego zespołu. Każdy odbiorca jest w stanie się z nią utożsamić i stworzyć własną, niepowtarzalną oraz pełną swojego „ja” interpretację. Tym właśnie The Smashing Pumpkins potrafiło przekonać do siebie miliony fanów i dlatego właśnie warto odkopać oraz bliżej przyjrzeć się ich twórczości. Dla niesamowitych wrażeń muzycznych jak i tekstowych.

Adrianna Sałecka
ada.sal@o2.pl

Dynie nie tylko na Halloween

/ 08 kwietnia
Przełom lat 80. i 90. Na szczycie list przebojów w USA pojawiają się młode zespoły eksperymentujące z brudnymi brzmieniami, takie jak Pear...