Setki twarzy Lupina

/ 16 lipca

„(…) Zastanawiam się czasem, dlaczego tak niewiele osób wybiera wygodny i popłatny fach włamywacza. Trudno o wdzięczniejsze zajęcie, jeśli ktoś jest w miarę zręczny i ma nieco oleju w głowie. Wszak to praca nie wymagająca zbytniego wysiłku… w sam raz dla ojca licznej rodziny. Może nawet zbyt łatwa… To staje się nudne.”


Czy złodziej może równocześnie być dżentelmenem? To pytanie jako pierwsze pojawiło się w mojej głowie, gdy trafiłam na niepozorną, kieszonkowej wielkości książkę Maurica Leblanca. Autor w swojej kreacji wielkiego Arsene Lupina, o którym słyszała już cała Francja, połączył niemal przeciwstawne sobie pojęcia, tworząc bardzo ciekawą sylwetkę. Potwierdzeniem tego jest między innymi powyższy cytat, ukazujący tok rozumowania głównego bohatera.

Historię rozpoczyna sielankowy, jak mogłoby się wydawać, obraz. Początek XX wieku, ogromny transatlantyk, przepych oraz bogactwo wyłaniające się z co drugiej kajuty. Miejsce idealne − z dala od świata zewnętrznego − dla wprawionego złodzieja potrafiącego przybrać oraz odgrywać przeróżne role. Chrapkę na sakiewki gości wzmaga jeszcze fakt, że nikt nie jest w stanie wskazać Lupina jako winnego dzięki jego umiejętnościom kamuflażu. Jedyne informacje, które przekazano telegrafem przed sztormem, nie są wystarczające, aby go rozpoznać. Zaczyna się zabawa. Zabawa dla słynnego włamywacza, a także dla grupy młodzieńców mających świadomość jego obecności i pragnących uchwycić nieproszonego gościa.

Choć wydaje się, że powyższy wątek mógłby być główną fabułą książki, to w rzeczywistości na pierwszy tom składa się zaledwie osiem niezbyt obszernych rozdziałów nawiązujących do zupełnie różnych okresów czasowych, wydarzeń i miejsc. Zabieg ten ma na celu przybliżenie nam przeszłości tytułowego włamywacza, czasów dzieciństwa, moralności, a także ukazuje jego słabości… A właściwie jedną, ale bardzo dotkliwą − miłość. Charakter Lupina podkreślony został także poprzez jego troskę wobec słabych i pokrzywdzonych. Odczuwał on nieodpartą potrzebę pomocy najuboższym, z którą na równi balansowała potrzeba udowadniania (prawdę mówiąc − niezliczoną ilość razy) nieudolności policji.

Wertując kartki tworzy nam się obraz mężczyzny pewnego siebie, przebiegłego, zachowującego trzeźwy umysł. Wobec kobiet − uprzejmy i uwodzicielski. Nie można także odmówić mu odważnych posunięć oraz decyzji. Jego pomysłowość oraz przenikliwość niczym najlepszego śledczego zadziwia nawet jego nemezis − Ganimarda, detektywa, który ściga go od lat. Całą sylwetkę uzupełnia arogancki stosunek Lupina do całego świata. Czego więcej potrzeba, aby odnieść sukces w tej profesji? Według naszego dżentelmena − przyjaciół, którzy pojawią się na każde wezwanie i pomogą przy wybranych przez niego skokach.

Dodatkowo autor, aby jeszcze bardziej zainteresować czytelnika, wykorzystał w książce ciekawy zabieg. Po sukcesie Arthura Conana Doyl’a i kreacji największego detektywa wszechczasów − Sherlocka Holmesa, posłużył się on jego sylwetką do utworzenia kolejnego przeciwnika, naszego włamywacza, a mianowicie Herlocka Sholmesa. Podobieństwo wręcz uderzające i będące równocześnie rękawicą rzuconą przez Leblanca. Kto wygra? Kto jest lepszy? W końcu to dwa wielkie umysły, które stopniowo będą wchodzić sobie w drogę i spróbują wzajemnie się przechytrzyć. 

Książkę Arsen Lupin. Dżentelmen włamywacz czyta się z prawdziwym zaciekawieniem… Jest to z pewnością klasyka kryminału, ale opowiedziana z innej perspektywy, w taki sposób, że sami do samego końca nie zawsze jesteśmy pewni jak Lupin dokonał skoku. Rozdziały są zwięzłe i krótkie, co sprawia, że akcja szybko postępuje i nie nuży. Mimo że pierwszą opowieść o tytułowym bohaterze napisano w 1905 roku, nie straciła ona na swoich walorach. Stosowany język, formy grzecznościowe oraz technologia z XX wieku przenosi nas w inną rzeczywistość, w czasy, w których złapanie złodzieja nie było takie proste.

Adrianna Sałecka
ada.sal@o2.pl

Źródła:
Maurice Leblanc: Arsen Lupin. Dżentelmen włamywacz. Warszawa 2009.
Zdjęcie: Joanna Trąbka


„(…) Zastanawiam się czasem, dlaczego tak niewiele osób wybiera wygodny i popłatny fach włamywacza. Trudno o wdzięczniejsze zajęcie, jeśli ktoś jest w miarę zręczny i ma nieco oleju w głowie. Wszak to praca nie wymagająca zbytniego wysiłku… w sam raz dla ojca licznej rodziny. Może nawet zbyt łatwa… To staje się nudne.”


Czy złodziej może równocześnie być dżentelmenem? To pytanie jako pierwsze pojawiło się w mojej głowie, gdy trafiłam na niepozorną, kieszonkowej wielkości książkę Maurica Leblanca. Autor w swojej kreacji wielkiego Arsene Lupina, o którym słyszała już cała Francja, połączył niemal przeciwstawne sobie pojęcia, tworząc bardzo ciekawą sylwetkę. Potwierdzeniem tego jest między innymi powyższy cytat, ukazujący tok rozumowania głównego bohatera.

Historię rozpoczyna sielankowy, jak mogłoby się wydawać, obraz. Początek XX wieku, ogromny transatlantyk, przepych oraz bogactwo wyłaniające się z co drugiej kajuty. Miejsce idealne − z dala od świata zewnętrznego − dla wprawionego złodzieja potrafiącego przybrać oraz odgrywać przeróżne role. Chrapkę na sakiewki gości wzmaga jeszcze fakt, że nikt nie jest w stanie wskazać Lupina jako winnego dzięki jego umiejętnościom kamuflażu. Jedyne informacje, które przekazano telegrafem przed sztormem, nie są wystarczające, aby go rozpoznać. Zaczyna się zabawa. Zabawa dla słynnego włamywacza, a także dla grupy młodzieńców mających świadomość jego obecności i pragnących uchwycić nieproszonego gościa.

Choć wydaje się, że powyższy wątek mógłby być główną fabułą książki, to w rzeczywistości na pierwszy tom składa się zaledwie osiem niezbyt obszernych rozdziałów nawiązujących do zupełnie różnych okresów czasowych, wydarzeń i miejsc. Zabieg ten ma na celu przybliżenie nam przeszłości tytułowego włamywacza, czasów dzieciństwa, moralności, a także ukazuje jego słabości… A właściwie jedną, ale bardzo dotkliwą − miłość. Charakter Lupina podkreślony został także poprzez jego troskę wobec słabych i pokrzywdzonych. Odczuwał on nieodpartą potrzebę pomocy najuboższym, z którą na równi balansowała potrzeba udowadniania (prawdę mówiąc − niezliczoną ilość razy) nieudolności policji.

Wertując kartki tworzy nam się obraz mężczyzny pewnego siebie, przebiegłego, zachowującego trzeźwy umysł. Wobec kobiet − uprzejmy i uwodzicielski. Nie można także odmówić mu odważnych posunięć oraz decyzji. Jego pomysłowość oraz przenikliwość niczym najlepszego śledczego zadziwia nawet jego nemezis − Ganimarda, detektywa, który ściga go od lat. Całą sylwetkę uzupełnia arogancki stosunek Lupina do całego świata. Czego więcej potrzeba, aby odnieść sukces w tej profesji? Według naszego dżentelmena − przyjaciół, którzy pojawią się na każde wezwanie i pomogą przy wybranych przez niego skokach.

Dodatkowo autor, aby jeszcze bardziej zainteresować czytelnika, wykorzystał w książce ciekawy zabieg. Po sukcesie Arthura Conana Doyl’a i kreacji największego detektywa wszechczasów − Sherlocka Holmesa, posłużył się on jego sylwetką do utworzenia kolejnego przeciwnika, naszego włamywacza, a mianowicie Herlocka Sholmesa. Podobieństwo wręcz uderzające i będące równocześnie rękawicą rzuconą przez Leblanca. Kto wygra? Kto jest lepszy? W końcu to dwa wielkie umysły, które stopniowo będą wchodzić sobie w drogę i spróbują wzajemnie się przechytrzyć. 

Książkę Arsen Lupin. Dżentelmen włamywacz czyta się z prawdziwym zaciekawieniem… Jest to z pewnością klasyka kryminału, ale opowiedziana z innej perspektywy, w taki sposób, że sami do samego końca nie zawsze jesteśmy pewni jak Lupin dokonał skoku. Rozdziały są zwięzłe i krótkie, co sprawia, że akcja szybko postępuje i nie nuży. Mimo że pierwszą opowieść o tytułowym bohaterze napisano w 1905 roku, nie straciła ona na swoich walorach. Stosowany język, formy grzecznościowe oraz technologia z XX wieku przenosi nas w inną rzeczywistość, w czasy, w których złapanie złodzieja nie było takie proste.

Adrianna Sałecka
ada.sal@o2.pl

Źródła:
Maurice Leblanc: Arsen Lupin. Dżentelmen włamywacz. Warszawa 2009.
Zdjęcie: Joanna Trąbka

kontynuuj

„Za mundurem panny sznurem”głosi powiedzenie prawie tak stare jak świat. Nie od dziś wiadomo, że kobiety szaleją za tego typu mężczyznami, a w szczególności za tymi, którzy mają ubrane, bardzo dzisiaj popularne, moro. Chwileczkę, przecież taki strój kojarzy się z wojskiem, a ono zaś z odwagą i męskością. To jak to jest współcześnie? Facet musi być silny i heroiczny, żeby móc nosić barwy wojskowe?


Za niski, za wysoki, za gruby, za chudy, za głupi i ciągle jakieś „za”. Obecnie kobietom trudno jest dogodzić w kwestii wyboru przyszłego męża, który spełni ich wszystkie oczekiwania. Większość osób błędnie myśli, że wina leży tylko po stronie płci pięknej – nad wyraz wybrednej. Jednak gdyby się trochę zagłębić w temat, to można by zauważyć, że problem leży także w kilku innych czynnikach. Prawda jest taka, że żaden człowiek na świecie nie jest idealny, a faceci w szczególności. Jednak po kolei.


Kiedyś byli prawdziwi mężczyźni, a teraz to…
Wojna, strach, głód, ale też silne ramiona trzymające broń gotową w każdej chwili do wystrzału. Pot spływający po brudnym czole, który zostanie wytarty rękawem od munduru. Żołnierz. To ten typ mężczyzny, który w obecnych czasach, w naszym kraju, wyginął. Nie bójmy się tego nazwać po imieniu, taka jest prawda. Nie jest on Polsce teraz potrzebny – na szczęście – bo nie ma wojny, więc nie ma też skrwawionych nóg czy rąk, a przecież to jest tak bardzo seksi. Naprawdę? Ktoś się zachwyca tym, że człowiek w moro zabija drugiego człowieka w moro? Może niektóre dziewczyny mają taki wojenny fetysz, jednak większość z nich ogląda z zapartym tchem takie zdarzenia głównie z jednego powodu – z tęsknoty za męską siłą i odwagą. Przeglądając portale społecznościowe, idąc ulicą, siedząc w kawiarni czy będąc w jakimkolwiek innym miejscu, mijamy i obserwujemy facetów, a raczej to, co z nich zostało. Sama nieraz mam problem z rozpoznaniem płci u danej osoby, bo jeszcze nie tak dawno nikt by nie pomyślał, że panowie zaczną się malować i nosić bardzo obcisłe spodnie, które często uwydatniają to, czego nie powinny. O pracy fizycznej nie chcą nawet słyszeć, bo jeszcze sobie paznokcie połamią, ale o spa już jak najbardziej. Coś poszło nie tak w ewolucji, gdzieś ten świat się pogubił, a role pań pomieszały się z rolami panów. Wiem, tyle się teraz słyszy, żeby kogoś nie osądzać zanim się go nie pozna… Oczywiście, jest to postawa jak najbardziej słuszna i nikt nikogo oceniać nie będzie, jednak gdy człowiek miał już do czynienia z niejednym takim typem „faceta”, to trudno myśleć inaczej. Raz, drugi dziewczyna spotka się z gościem w rurkach, który wie więcej o rodzajach podkładów niż o odkręceniu słoika, i potem się rozczula nad sobą i płacze po nocach, że urodziła się nie w tych czasach, co powinna.


Patrzysz, a nie widzisz
„Bo kiedyś było inaczej, było lepiej” – siedzi taka cała zaryczana i wzdycha, twierdząc, że kilkadziesiąt lat temu byli prawdziwi mężczyźni. To na pewno, ale zmusiła ich do tego sytuacja. Skąd wiadomo, jakby teraz zachowali się panowie, gdyby wybuchła wojna? Nikt nie wie. Oprócz tych typów w obcisłych spodniach, są też tacy, co nie boją się trudu i widać to najczęściej po dłoniach, które mimo młodego wieku są poniszczone. Niejedna dziewczyna powie, że taki chłopak nie potrafi zadbać o siebie, więc też nie będzie odpowiedni, a to, że jest miły, to taki argument, co żaden. Najlepiej gdyby facet był umięśniony, pomocny i oczywiście całą swoją uwagę skupiał na kobiecie, bo przecież tak było z żołnierzami – wracali z walk prosto w objęcia swojej ukochanej, której byli bez końca oddani. Filmy często pokazują nam to, co chcemy zobaczyć, a w opowieści naszych dziadków też nie do końca powinniśmy wierzyć.


Historia kołem się toczy
Świat wciąż się rozwija, ludzie odkrywają nowe rzeczy. Kiedyś nie było aż takich możliwości, jednak również zdarzały się wyjątki od reguły. Niejeden facet bał się śmierci i zwyczajnie nie chciał walczyć, więc albo się ukrywał, albo emigrował z kraju, gdzie mógł bezpiecznie zadbać o siebie. Byli też leniwi, którym nie chciało się wstać wcześniej rano, i tacy co naukę stawiali na pierwszym miejscu. To wszystko już było. Geje też byli, tylko wtedy o takich rzeczach się nie mówiło. Nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że mężczyzna może robić coś innego niż zarabiać na żonę i dzieci. Tak było i koniec. Teraz media mają potężny zasięg i wszystko jest nagłaśniane, każda wada wytknięta. W Internecie możemy znaleźć tysiące memów z panami w mundurach całujących swoją ukochaną po dłoni, a pod tym ckliwy podpis: „Niech wrócą tamci faceci”. Hm… Trochę to przykre, bo większość osób wrzuca do jednego wora całą męską populację, a przecież istnieją jeszcze mężczyźni warci uwagi.


Co dalej?
Za – załóżmy – sześćdziesiąt lat świat dojdzie do takiego poziomu, że już zupełnie nic nie będzie pewne. Nawet memy. Jednak prawdopodobnie przetrwają zdjęcia, pliki i… wspomnienia. Wtedy ówczesne nastolatki popatrzą na to wszystko i stwierdzą, że w 2018 roku było inaczej – lepiej. Byli prawdziwi mężczyźni. Nawet sama Danuta Rinn śpiewała w swojej piosence: „Gdzie ci mężczyźni?”, a był to rok zaledwie 1975… To jak to jest? Nigdy nie było ani nie będzie rzeczywistych facetów? Kobiety będą już do końca świata niezadowolone? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że w każdym napotkanym chłopaku można znaleźć człowieka, a czasem nawet prawdziwego mężczyznę i wcale nie musi nosić moro.

Anna Legierska
anna-legierska1@wp.pl

Źródła:
https://www.youtube.com/watch?v=hCUgkUUufBo
http://www.ank.gov.pl/wystawy-i-galerie/polscy-zolnierze-na-frontach-ii-wojny-swiatowej


Oparta na faktach historia politycznego skandalu na światową skalę; dwie nominacje do Oscara, sześć nominacji do Złotych Globów; w rolach głównych – Meryl Streep i Tom Hanks; muzyka – John Williams. W dodatku całość wyreżyserował Steven Spielberg… Czy to mogło się nie udać? A może znane nazwiska w obsadzie to jeszcze nie wszystko?


W jednej z pierwszych scen filmu amerykański sekretarz obrony, Robert McNamara, dyskutuje na pokładzie samolotu ze swoimi doradcami. Przedmiotem rozmowy jest sytuacja w Wietnamie; jest rok 1966, końca wojny nie widać, a położenie wojsk amerykańskich wcale się nie poprawia i McNamara dobrze o tym wie. W kolejnej scenie polityk opuszcza samolot i podczas szybkiej konferencji prasowej na płycie lotniska zapewnia dziennikarzy, że osiągnięto znaczący postęp i nie można było wymarzyć sobie lepszej sytuacji.

Kto napisze nową historię?

Powyższa scena to idealne wprowadzenie w klimat obrazu, którego tematem jest wyciek tak zwanych Pentagon Papers, tajnego raportu z wojny w Wietnamie, jakiego wykonanie zlecił sam McNamara. Publikacja dokumentu przez „The New York Times” staje się punktem zapalnym między mediami a amerykańskim rządem; rozpoczyna walkę o dostęp do prawdy oraz o wolność prasy. W samym centrum tego chaosu znajdują się dziennikarze „The Washington Post”, wtedy jeszcze niewiele znaczącej gazety, oraz właścicielka pisma, Katharine Graham (Meryl Streep). Mogą oni opublikować resztę raportu wbrew sądowemu zakazowi, manifestując nieufność wobec amerykańskiego rządu oraz lojalność wobec obywateli, lub też nie publikować – nie ryzykując swojej pozycji, ale i sprzeciwiając się tym samym swoim ideałom i tracąc szansę na rozgłos.

Przyszłość jest kobietą?

Rola Meryl Streep z pewnością zasługuje w tym filmie na uwagę. Nieczęsto przychodzi jej grać postaci takie jak Kay Graham. Kojarzymy ją raczej z silnymi bohaterkami, a właścicielka „The Post” przez zdecydowaną część filmu zmaga się z brakiem pewności siebie oraz fałszywymi doradcami, którzy zamiast pomagać, próbują nią manipulować tylko dlatego, że jest kobietą. I chociaż historia jej wewnętrznej przemiany oraz sukcesu, jaki odniosła (w 1972 roku Graham została pierwszą kobietą, której przedsiębiorstwo znalazło się na Fortune 500, liście pięciuset największych przedsiębiorstw w Stanach Zjednoczonych) mogłaby stanowić w tym filmie wręcz feministyczny manifest, odniosłam wrażenie, że wątek ten powraca tylko w dogodnych dla twórców momentach. Jednym z nich jest scena, w której Katharine wychodzi z Białego Domu po rozprawie. Pod gmachem zebrał się tłum hipisów, wykrzykujących pacyfistyczne i antyrządowe hasła. I chociaż wcześniej, kiedy Graham wchodziła do sądu, wśród statystów dominowali mężczyźni, teraz, kiedy jest już po rozprawie i można się domyślić, że „The Washington Post” wyjdzie z całej sprawy obronną ręką, wokół bohaterki zbierają się same kobiety. Przy wtórze podniosłej muzyki Graham idzie po schodach niczym bohaterka; można się domyślić, o czym myśli – o nowej erze, która rozpoczyna się dla wszystkich Amerykanek, o drodze, którą im wskazała… Szkoda tylko, że mniej uprzywilejowane postaci kobiece tego filmu nie doczekują się sprawiedliwości (na przykład połajana przez szefa bezimienna Latynoska, która wskazała Katharine drogę na rozprawę). Feminizm tego obrazu jest lukrowaną wersją rzeczywistości – widać, że twórcy Czwartej władzy obawiali się zbytniej kontrowersji i może właśnie dlatego przegrali w wyścigu po Oscara za najlepszy film z Kształtem wody Guillermo del Toro.

Panie, kup pan gazetę

To, co jednak bardzo dobrze wyszło w Czwartej władzy, to oddanie klimatu redakcji prasowej we wczesnych latach 70. oraz pokazanie kontrastu między mniejszym „The Washington Post” oraz potężnym „The New York Times”. Sceny, w których świeżutkie egzemplarze „The Post” zjeżdżają z taśmy i są zbierane w paczki są natomiast tak estetyczne i tak dopracowane, że aż ma się ochotę pójść do najbliższego kiosku i wykupić w nim całą prasę codzienną, aby tylko ponapawać się zapachem farby drukarskiej. Udało się również stworzyć napięcie – chociaż brak w tym filmie strzelanin i pościgów, co dzisiejszego widza może odrobinę nużyć, emocje bohaterów udzielają się widowni, która siedzi jak na szpilkach, gdy ważą się losy gazety.

Papierowa kontrowersja

Wzięcie na warsztat historii raportu, którego publikacja wyniosła gazetę „The Washington Post” na wyżyny popularności i uświadomiła amerykańskim elitom siłę prasy, wydawałoby się w obecnym klimacie politycznym Stanów Zjednoczonych idealnym wręcz posunięciem. W epoce samowoli polityków oraz zalewu fake newsami przesłanie Czwartej władzy mogłoby być bardzo budujące… gdyby tylko nie chciano zadowolić tym filmem wszystkich po kolei. Czwarta władza opowiada o rozwiązanym już kryzysie, o tryumfie amerykańskiego ducha w narodzie – brakuje tu zbudowania jakiejś paraleli z teraźniejszością, opowiedzenia się po którejś ze stron. Po co wszak robić polityczne kino, kiedy nie wkłada się kija w mrowisko? Chociaż ze względu na sławy w obsadzie i ekipie film ten stanowi klasę samą w sobie, dla mnie jest po prostu niewykorzystaną szansą.

Karolina Kuś
karolina.kus@vip.onet.pl
Zdjęcie: https://i.jeded.com/i/the-post.100254.jpg


Akcja przeciwko molestowaniu opanowała media społecznościowe. Okazuje się, że przestępstwo to jest popełniane znacznie częściej, niż mogłoby nam się wydawać, a ofiarami nie są jedynie kobiety.

Zdjęcie: Gabriel Matula

Wszystko rozpoczęło się w październiku 2017 roku. Amerykańska aktorka, Alyssa Milano, umieściła na Twitterze wpis, w którym zachęcała do publikowania hashtagu #MeToo każdego, kto kiedykolwiek był napastowany lub molestowany. Reakcja przeszła najśmielsze oczekiwania i objęła swoim zasięgiem aż 85 państw. Początkowo kierowana była tylko do kobiet, jednak dołączyli do niej również mężczyźni: zaczęli rozpowszechniać hashtag i opisywać przypadki molestowania.
Znaczna część osób nie wie, że wyrażenie Ja Też zostało już opublikowane w podobnym celu w 2006 roku na portalu MySpace. Jego autorką była Tarana Burke, która przyznała, że wymyśliła je po rozmowie z trzynastoletnią ofiarą molestowania.

Chociaż mogłoby się wydawać, że akcja #MeToo jest bardzo dobrym pomysłem, to zdania są podzielone. Wiele osób twierdzi, że dla ofiar przyznających się publicznie do bycia napastowanym na tle seksualnym, może to być powrót do traumatycznych przeżyć.

Problem molestowania jest znany od dawna, jednak, jak pokazała akcja #MeToo, ofiar jest naprawdę wiele i są to ludzie w różnym wieku. Pokrzywdzone osoby zazwyczaj wstydzą się przyznać, co je spotkało, i żyją w przekonaniu, że wina leży po ich stronie. Wszelkie próby rozgłaśniania przypadków molestowania są jak najbardziej potrzebne. Spotyka to zdecydowanie częściej kobiety, ale również mężczyźni bywają napastowani. Sytuacje takie mogą mieć miejsce wszędzie: w pracy, w szkole, w autobusie, w sklepie, na ulicy.

Często się zdarza, że gdy ktoś zwierza się ze swoich traumatycznych doświadczeń, to uznaje się, że przesadza, że nie jest bez winy, że wyolbrzymia. Każdy sygnał jest ważny. Jeżeli ktoś odczuł, iż został nieodpowiednio potraktowany, to znaczy, że coś złego musiało mieć miejsce. Molestowanie to bardzo szeroko rozumiane pojęcie. Może to być wykonany bez zgody masaż, wszelkie dotykanie, obejmowanie, poprawianie odzieży. Są to również wypowiadane słowa i dźwięki, czyli na przykład żarty, gwizdy, cmokanie, oraz zachowania takie jak pokazywanie nieodpowiednich gestów czy wieszanie plakatów z roznegliżowaną kobietą lub mężczyzną. Molestowaniem jest każde postępowanie, które ma na celu naruszenie godności innej osoby i sprawienie, że poczuje się ona upokorzona, zastraszona czy poniżona. Jeżeli ktoś wyraża sprzeciw wobec danego zachowania, to należy to uszanować i zaprzestać tego typu działania.

Jeżeli jesteśmy ofiarą lub świadkiem molestowania, to nie bójmy się zgłosić tego odpowiednim służbom. Nie musimy tego upubliczniać, nie musimy opowiadać wszystkim w około, ale spróbujmy doprowadzić do tego, by przestępca został ukarany. Nie ważne, czy mamy 13, 30 czy 60 lat. Ofiara molestowania nie ma się czego wstydzić. Osoba, która popełniła przestępstwo, powinna natomiast zawsze zostać surowo ukarana.

Dosyć często słyszy się o tym, aby gwałciciele i pedofile byli karani jak mordercy. Jest jednak pewien problem. Jeżeli ktoś dopuści się przestępstwa na tle seksualnym i będzie miał świadomość, że ofiara może go rozpoznać, to wówczas ją zabije, bo wtedy będzie mniej prawdopodobne, że jego czyn wyjdzie na jaw, a jeżeli tak, to i tak dostanie najwyższy wymiar kary. Może więc gwałciciele i pedofile powinni zostać ukarani tak, jak sami skrzywdzili innych? A może jednak powinno zostać tak, jak jest?

Adrian Koza
adrian.koza8@gmail.com

Kampania #MeToo

/ 08 lipca
Akcja przeciwko molestowaniu opanowała media społecznościowe. Okazuje się, że przestępstwo to jest popełniane znacznie częściej, niż mogło...

CYKL: HISTORIE WYJĘTE Z KONTEKSTU

Beznadziejność walki kobiet polega na tym, że podejmowane kroki przez feministki nie mają racji bytu. Przecież to oczywiste, że większość mężczyzn nie postrzega kobiety w kategoriach człowieka. Było tak od zarania dziejów.


Teraz już nie jest to takie zauważalne. W działania mężczyzn wkradła się nutka subtelności. Nikt nie powie głośno, że kobieta jest rzeczą. Mało kto ma odwagę, by przyznać się, że tak myśli o płci pięknej. Niektórzy nawet nie są świadomi tego, że tak nas traktują. Kobieta jako rzecz, która spełnia zachcianki i robi za urządzenie do rozmnażania i wszelkiej męskiej uciechy. Powiem wam w sekrecie: to w tej roli spełniamy się najlepiej, wspaniałe uczucie!

Jak można z tym walczyć? Poświęcać się dla wolności? Dla możliwości? Dla rozkwitającej przyszłości? Przecież nam, kobietom, jest dobrze w tym miejscu. Ba! Kiedyś było nam jeszcze lepiej. Tylko wstyd nam przyznać, jak wszystko popsułyśmy. Teraz mężczyzna ubiega się o nasze względy. Jak pan i władca daje poczucie bezpieczeństwa i zapewnia nam świetlaną przyszłość. Oczywiście według jego idei. W końcu pomysły mężczyzn są najlepsze! Nie zrozumcie mnie źle. My kobiety mamy dobry tok myślenia, aczkolwiek niejednej z nas brakuje finezji. Ograniczamy się do naszego poznania, do naszej własnej percepcji. Uważamy, że mamy wybór, a że nigdy go nie miałyśmy… To nasza wina, że w swej upartej głupocie walimy głową w mur zwany „równość”.

Przedstawię wam krótki savoir-vivre dla kobiet. W całości zapisany został piórem życia, które objawiło się w moim doświadczeniu. Jako wierny skryba postanowiłam spisać te zasady dla potomnych.

Weźmy na przykład imprezę. Jakąkolwiek, gdziekolwiek, z kimkolwiek. Kobieta ma obowiązek ubrać się tak, żeby nie kusić oczu mężczyzn. W końcu to w jej interesie jest, by nie odkryć za dużo ciała i żeby facet trzymał swój interes przy sobie. Choć to nie jest takie proste. Nawet za duży, wyciągnięty sweter potrafi przyciągnąć spojrzenie mężczyzn i zachęcić ich do działania. Tutaj najczęściej winą kobiety jest jej styl bycia. To, że jest ponętna i seksowna nawet w przeciętnym ubraniu zasłaniającym całe ciało. Zachęca płeć przeciwną do działania. W końcu to, co zasłonięte najlepiej działa na ich wyobraźnię. Do tego tańcząca uśmiechnięta i szczęśliwa kobieta,  to widok od którego nie da się odwrócić oczu.

I tu przechodzimy do kolejnej kwestii. Musimy być miłe i uprzejme. Uśmiechać się do każdej istoty żywej. Kobieta, jako przyszła matka i opiekunka, powinna cechować się dobrym usposobieniem. Gdy mężczyzna poprosi ją do tańca, nie wolno jej odmówić! To jest jeden z największych błędów jakie popełniamy drogie panie! Przecież mężczyzna też ma uczucia. Jest bardzo wrażliwą istotą, która nie przyjmuje sprzeciwu. Jak można komuś odmówić tańca? Co Ci się stanie, jak zatańczysz z nieznajomym, który wypił o trzy kolejki za dużo? Nic. Odmowa jest niegrzeczna i niekoleżeńska.
Jak już ustaliliśmy, kobieta powinna być uprzejma, więc słowo „nie”, gdy mężczyzna jest na „tak”, nie wchodzi w grę. Nawet jeżeli wypadnie z ust płci pięknej odmowa, powinna być tylko zgrywaniem się, grą wstępną.

Następnie, gdy jego dłonie wędrują po jej ciele, badając ją kawałek po kawałku, powinna czuć dumę. Nawet gdy sobie tego nie życzy. Klaps w tyłek czy wulgarne uwagi to pochlebstwa najwyższej jakości. W końcu dzięki tym względom, możemy poczuć się kobietą.

Bywałam w takich sytuacjach nie raz. Gdy mężczyźni przekraczali moją przestrzeń osobistą. Obmacywali, rzucali wulgarne uwagi. Wiele razy czułam na sobie wzrok obcych mężczyzn, którzy obleśnie mnie nim rozbierają. Ten rodzaj mężczyzn ma w wielkim poważaniu moje „nie”. Wiem też, że nie jestem jedyną kobietą, która tego doświadcza. Niektóre z nas miały o wiele „ciekawsze” wrażenia ode mnie! Nie czuję się wyróżniona, ani nie sądzę bym mogła przemawiać w ich imieniu. Jednak moim zdaniem tylko w takich momentach czuję, że jestem prawdziwą „kobietą”.

Nikola Kotecka
nikkot1220@gmail.com
Zdjęcie: Sofijka Vetriak

Być Kobietą

/ 08 lipca
CYKL: HISTORIE WYJĘTE Z KONTEKSTU Beznadziejność walki kobiet polega na tym, że podejmowane kroki przez feministki nie mają racji bytu...

Są takie książki, o których nie da się szybko zapomnieć. Takie, których słowa zapisują się w pamięci. Taki właśnie jest zbiór reportaży Justyny Kopińskiej pt. Z nienawiści do kobiet.


Ile razy pomyślałaś czy pomyślałeś: „To nie moja sprawa”, „Ja mam własne problemy”? Często nie zwracamy uwagi na to, co się dzieje dookoła nas u innych ludzi. A czasami warto spojrzeć ponad siebie, bo może jest gdzieś ktoś, kto potrzebuje naszej pomocy.

Kim one są?
Z nienawiści do kobiet – nie będę zdradzać dokładnie skąd taki tytuł, ponieważ powiedziałabym o słowo za dużo o jednym z reportaży o tym samym tytule. Ale mogę wyjaśnić – kim są tytułowe kobiety? Wiem, to pytanie brzmi tak… retorycznie. Lecz takie nie jest. Oczywiście można ten tytuł potraktować dosłownie, jednak tak naprawdę „kobietą” jest każda osoba słabsza w relacjach międzyludzkich. To trochę bazowanie na stereotypie kobiety jako słabszej płci, ale w tym wypadku znajdujemy na to potwierdzenie w tekstach. Zbiór otwiera premierowy tekst o Violetcie Villas. Wyłania się z niego kobieta, która z jednej strony była osobą fascynującą i błyszczącą w towarzystwie, ale tak naprawdę przez chorobę bardzo samotną. Kolejne reportaże to historia kobiet molestowanych w wojsku polskim czy dyrektora więzienia, który nie zniósł presji i zabił jednego z więźniów, niepełnosprawnego na wózku inwalidzkim. A to tylko kilka z wielu tekstów w tym zbiorze.

Promyk nadziei
Pośród bardzo trudnych tekstów, których zakończenie przyprawiało mnie o dreszcze, jest jeden, który nie zaczyna się może najlepiej, ale kończy bardzo dobrze. Reportaż W obliczu zła to historia dręczonej, wyśmiewanej od dzieciństwa kobiety, która zwyciężyła demony swojej przeszłości i, przez to co obecnie robi, czuje, że jest potrzebna drugiej osobie. Pozytywy widać też w tekście dotyczącym społeczności LGBT w Kościele katolickim. Brzmi jak absurd, prawda? A jednak. Kochają Pana Jezusa tak samo jak heteroseksualiści, ale trudno jest im odnaleźć się w przestrzeni polskiego Kościoła. Jednak jest nadzieja, bo znajdują się ludzie, którzy chcą im pomóc. I są to nawet księża.

Kiedy po raz pierwszy otworzyłam tę książkę i zobaczyłam w niej wielką czcionkę, moja pierwsza myśl była taka: „To będzie książka na jeden wieczór”. Nie była. Kilkakrotnie musiałam ją odłożyć na bok i to nie dlatego, że okazała się nudna, ale dlatego, że była tak poruszająca, iż musiałam na chwilę przestać czytać i ochłonąć. Justyna Kopińska porusza w swoich reportażach naprawdę mroczne i bolesne sprawy – nie doświadczymy w jej tekstach słodkości wylewającej się z każdego zdania. Autorka sięga po tematy, które pozwalają nam spojrzeć ponad siebie.

Zamiana ról
Książkę wieńczy wywiad z Kopińską, przeprowadzony przez Szymona Jadczaka – dziennikarza śledczego stacji TVN. Autorka staje teraz na miejscu bohaterów jej tekstów i zostaje przepytana przez swojego kolegę po fachu. To idealna część dla adeptów dziennikarstwa, ponieważ w większości jest to rozmowa poświęcona ukazaniu od kuchni jej warsztatu twórczego.

To bardzo mocna i dająca do myślenia książka. Nie jest lekka – można by rzec, że daje w kość i to solidnie. Na pewno warto ją przeczytać i zastanowić się, czy jedna z historii nie dzieje się zaraz obok nas, a nikt tego nie widzi.

Katarzyna Zych
katarzynazych7@gmail.com

Mroczna

/ 08 lipca
Są takie książki, o których nie da się szybko zapomnieć. Takie, których słowa zapisują się w pamięci. Taki właśnie jest zbiór reportaży Ju...

Jakkolwiek ostatnio z czytaniem u mnie nieco na bakier (brak mi dawnej regularności), to staram się co jakiś czas sięgać po którąś pozycję tytułowej trójki. Na szczęście wybór mam ogromny, bo zarówno King, jak i Koontz oraz Gerritsen mogą pochwalić się sporym dorobkiem literackim.

Tess Gerritsen – królowa puenty i zaskoczenia
Książki Tess Gerritsen są równie intrygujące, jak ich autorka. Z zawodu lekarz internista, przez kilka lat praktykowała medycynę na Hawajach. Wiedzę medyczną i zdobyte doświadczenie wykorzystuje w swojej twórczości.
Sukces przyniosły jej thrillery medyczne. Co właściwie kryje się za tą nazwą? Kilkadziesiąt niezłych tytułów, w których autorka mistrzowsko stopniuje napięcie. Nie opuszcza ono czytelnika aż do ostatnich stron.
Dodatkowym smaczkiem są umiejętnie wplecione ciekawe zagadnienia medyczne, zwłaszcza te związane z anatomopatologią. To jak śledzenie serialu „Doktor House”, tyle że w formie papierowej.
Ogromnym sukcesem Tess Gerritsen okazała się seria o przygodach kobiecego duetu kryminalnego – detektyw Jane Rizzoli i lekarza medycyny sądowej, Maury Isles. Autorka zręcznie splotła w tym cyklu swoje świetnie skonstruowane, pełne napięcia i zwrotów akcji historie z nienachalnym tłem obyczajowym, w którym rozgrywają się  losy wspomnianych bohaterek. Gerritsen łączy to wszystko z iście chirurgiczną precyzją, więc przy lekturze nie odczuwamy przesytu żadnym składnikiem powieści.
Jedynym minusem, jaki zauważyłam w niektórych utworach pisarki, jest nieustanne dodawanie kolejnych zwrotów  do fabuły, które już mają coś wyjaśnić – tymczasem okazuje się, że to fałszywy trop, kolejna zagadka. Niejednokrotnie składa się na to nawet 3/4 objętości całej powieści. A rozwiązane całego problemu, jakkolwiek zaskakujące, zajmuje zaledwie jeden rozdział. Taka konstrukcja może się wydawać miejscami dość męcząca, a także powodować pewien niedosyt. Ale czy ta ostatnia kwestia na pewno jest wadą?
Dean Koontz pozory mylą
Moja przygoda z tym amerykańskim twórcą zaczęła się od pozycji ściągniętej ukradkiem z półki rodziców. I nie ukrywam, że zarówno wtedy, jak i teraz, „Grom” to moje ulubione dzieło tego autora.
Dean Koontz ma świetny styl pisania, dzięki czemu lektura jest prawdziwą przyjemnością. Moim zdaniem to wyjątkowy dar, pisać o rzeczach trudnych w taki sposób, że czytelnik łatwo je przyswaja, ale mimo to nie jest zwolniony z refleksji. Pisarz tworzy atrakcyjną fabułę, w której niejednokrotnie spaja kilka gatunków, a jednocześnie przemyca w niej trudne tematy, które w odbiorcy zostają.
Doskonałym przykładem jest wspomniany już przeze mnie „Grom”. Powieść jest niezwykle zajmująca, ma wartką akcję, pełną niespodziewanych zwrotów. Zawiera wiele wciągających wątków, jak podróże w czasie, czy ucieczka przed przestępcami z przeszłości. Jednakże najważniejsze są postawione w niej pytania o przeznaczenie, los czy wartości. Czy to my jesteśmy panami swoich losów, czy też ciąży na nas fatum? Czy możemy zmieniać swoje życie, czy to ono zmienia nas? Ile może nam dać miłość do drugiego człowieka, a ile nam może zabrać?
To tylko kilka pytań, kryjących się pod pozornie prostą i przyjemną lekturą „Gromu” i większości utworów Deana Koontza.
Stephen King  – studium ludzkiego przypadku
Wreszcie przysłowiowa wisienka na torcie, mój ulubieniec, dlatego zostawiłam go sobie na deser.
Nie do końca rozumiem określanie Stephena Kinga mistrzem horroru, królem grozy itd. Ten autor to przede wszystkim twórca genialnych powieści psychologicznych. Wątki horroru to tylko okładka, pudełko dla właściwej treści. Z każdej możemy wynieść wiele pożytecznych informacji o ludziach. King ciągle pokazuje nam jedną z banalnych, ale istotnych prawd: prawdziwe potwory nie mieszkają w szafach małych dzieci, czy w hotelach; nie są nimi klauny, nawiedzone samochody ani wściekłe psy. Prawdziwe potwory kryją się w ludziach. To my nimi bywamy.
Od zawsze fascynowały mnie wnikliwe obserwacje i wnioski pisarza. Sposób, w jaki kreśli swoich bohaterów sugeruje, że autor doskonale wie, co się dzieje w ich głowach, więcej: on ich rozumie. I to jest na swój sposób przerażające. Nasuwa się pytanie: skąd czerpie swoją wiedzę? W jaki sposób tak precyzyjnie i prawdziwie oddaje uczucia, cechy, wszystko, co składa się na daną postać? I co się dzieje w jego umyśle? Jestem pełna podziwu dla żony Kinga, notabene także pisarki, że nie boi się dzielić z nim życia. Ja bym się bała.
Zapewne bogate doświadczenie życiowe Kinga pomaga mu w kreowaniu bohaterów (nie ma co ukrywać, nieźle się chłop bawił za młodu i cud, że się nie przekręcił), ale skąd u niego takie zrozumienie i wyczucie w kreśleniu każdej postaci? W jaki sposób wczuwa się w psychikę małego dziecka albo kobiety? To jest niesamowite. Zawsze, gdy o tym wspominam, odwołuję się do „Dolores Claiborne”. Podczas przesłuchania w sprawie morderstwa swojej chlebodawczyni tytułowa bohaterka dokonuje retrospekcji całego  życia. Pisarz prowadzi subtelnie czytelnika przez tę historię, pozwala  mu ją zgłębiać, pozwala współodczuwać bohaterce. Czy byłoby to możliwe bez umiejętnego, tak boleśnie realistycznego, oddania postaci kobiecej?
Nie recenzujmy, hołdujmy
Myślę, że nie ma sensu przekonywać ludzi do sięgnięcia po czyjąś twórczość, którą sami uważamy za coś wspaniałego. Ale dlaczego nie spróbować przybliżyć pracy, życiorysu danego autora? Nuż ktoś się zainteresuje na tyle, by zapoznać się z jakimś wycinkiem twórczości. A nawet jeśli nie, możemy przynajmniej oddać symboliczny hołd twórcy, którego podziwiamy.
Źródła:
  1. C. E. White, A conversation with Tess Gerritsen, (https://www.writerswrite.com/journal/nov01/a-conversation-with-tess-gerritsen-/);
  2. P. Piwko, Dean Ray Koontz. Eklektyczny mistrz grozy, (http://www.papierowemysli.pl/autorzy/autorzyReadFull/);
  3. Nocny, Gasher, Dolores Clairbone, (http://stephenking.pl/ksiazka/dolores-claiborne/).
Justyna Kania
marie.kramer@onet.pl


Propaganda jest pojęciem, które dla wielu ma bardzo negatywny wydźwięk. Kojarzyć nam się może chociażby z II wojną światową. Ale czy mówienie, że propaganda jest zła, nie jest przypadkiem nazbyt pochopne?



Często zdarza mi się czytać o propagandzie jako o zjawisku negatywnym, przy jednoczesnym wytłumaczeniu czym tak naprawdę ona jest. Dlaczego tak się dzieje, nie wiem, ale nawet w szkole nierzadko zdarzało mi się słyszeć o złej i szkodliwej propagandzie, co sprawiło, że zaczęła mi się ona bardzo negatywnie kojarzyć, jak również wszystko, co jest z nią związane. Ale czy słusznie? Nie. O czym niestety w trakcie mojej edukacji szkolnej żaden z nauczycieli, tak obrazowo opisując „tą złą propagandę”, nie raczył nawet wspomnieć. Dlatego teraz zrobię to ja, bo naprawdę bardzo nie lubię, kiedy straszy się czymś, o czym nie ma się najwyraźniej zielonego pojęcia.

Skąd się wzięła propaganda?
Można powiedzieć, że propaganda jest stara jak świat, a przynajmniej ten znany człowiekowi. Istnieje ona tak długo jak ludzie, chociaż trzeba przyznać, że to właśnie w naszych czasach jesteśmy najbardziej narażeni na kontakt z nią. Ma to związek oczywiście z postępem technologicznym, który umożliwił stworzenie nadzwyczaj szybkich środków komunikacji międzyludzkiej. Jest ona wszędzie, nawet na prywatnej tablicy przeciętnego użytkownika Facebooka. No dobrze, ale czym ona tak naprawdę jest? Propaganda pochodzi od łacińskiego słowa propagare, które można tłumaczyć jako krzewić, rozszerzać czy też rozciągać. Termin ten jednak jest nam znany dzięki pewnej instytucji powstałej w XVII wieku. Organizacja ta nosiła nazwę Sacra Congregatio de Propaganda Fide (Kongregacja Rozkrzewiania Wiary). Powstała ona z rozkazu papieża Grzegorza XV i w założeniu miała krzewić wiarę i nawracać niewiernych na jedyną słuszną (według założyciela) religię. Jednak sama propaganda, choć nie miała jeszcze wtedy nazwy, istniała, jak już pisałam, od dawien dawna. Była z ludźmi, kiedy swoje tryumfy świętował starożytny Egipt, obecna była przy powstaniu, rozkwicie i upadku starożytnego Rzymu, korzystali z niej chętnie starożytni Grecy, a nawet Majowie, którzy choć, jak wiemy, nie przewidzieli końca świata na 2012 rok, to jednak propagandę znali i lubili. Była wszędzie tam, gdzie powstawała ideologia czy polityka. Znacie Arystotelesa albo Platona? Chociaż znani są jako wybitni filozofowie, byli też genialnymi propagandystami. W tej dziedzinie  wysławił się także Goebbels, Hitler i Stalin, ale posługiwał się nią również chociażby Adam Mickiewicz, Stanisław Wyspiański czy Juliusz Słowacki.

Propaganda, czyli co?
Podałam już znaczenie tego terminu i jego pochodzenie, nie napisałam jednak dotąd, czym tak naprawdę jest ta straszna propaganda. Definicji jest kilka. Jedna z ważniejszych (Bidella) mówi, że propaganda manipuluje człowiekiem w taki sposób, by ten podejmował działania, które są narzucone mu przez nią, jednakże tak, by myślał on, że robi tak z własnej woli, w oparciu o swój osąd. W porządku, może to brzmieć negatywnie. Kolejna definicja, opracowana przez Talcotta Parsonsa, mówi, że jest ona próbą wpływania na postawy i działania ludzkie poprzez słowo pisane lub mówione. Ostatnią z wielu definicji, jaką tu przytoczę, jest koncepcja Ellula, który za propagandę uważa całość metod, z jakich korzystają zorganizowane grupy, by dzięki nim wytworzyć jedność psychiczną zespołu, przez co mogą  wpływać na ich chęć do włączenia się do wspólnego działania. Żeby mówić o propagandzie, muszą być też obecne takie elementy jak: nadawca treści, przekaz, środki za pomocą których idzie on w świat oraz oczywiście odbiorca. A samo propagowanie to nic więcej niż metoda komunikowania, tylko że jest ona m.in. jednostronna, intencjonalna, informacyjna oraz perswazyjna. Czy to jednak wpływa na fakt, że propaganda staje się zjawiskiem negatywnym? Oczywiście, że nie. Jakkolwiek negatywnie mogą jej definicje brzmieć, nie jest ona sama w sobie czymś złym. Rozumiem jednak, że żyjąc w czasach, w których o każdym negatywnym przekazie mówi się, że jest propagandowy, jest to dość oczywiste, że bierzemy ją za coś niedobrego. Ja jednak zgadzam się z Januszem Sztumskim, że jest ona moralnie obojętna i to człowiek nadaje jej wartość moralną, co zresztą postaram się w tym tekście udowodnić.
No dobrze, skoro już podałam definicje, to wypadałoby też opisać, w jaki sposób jest ona nam przekazywana. Najstarszy sposób to oczywiście słowo mówione, popularne już w starożytności, a i dzisiaj tak szczególnie upodobane sobie przez polityków. Jednak według wytycznych mówca powinien dobrze znać problematykę, którą porusza, co chyba politykom (wszystkich opcji) nie zawsze wychodzi. Kolejnym sposobem jest słowo pisane, czyli tak naprawdę to, co możemy przeczytać na co dzień w gazetach, na portalach internetowych, w książkach, na Facebooku czy na Twitterze. Następny środek przekazu to propaganda wizualna, czyli zdjęcia, fotomontaż, fałszywy podpis pod zdjęciem, retusz fotografii (tak, tych na Instagramie też). Propaganda wysyłana jest też w świat poprzez demonstracje, wystawy, widowiska, performances, happeningi czy pokazy, a nawet komunikat radiowy. No i oczywiście dość popularny dziś sposób przekazywania nam treści propagandy, czyli sposób audiowizualny (i tu można wymienić chociażby YouTube). Ważna jest jeszcze jedna rzecz – język. Wysyłając w świat komunikat propagandowy, musimy pamiętać, że jego język ma być prosty i emocjonalny.

Propaganda a moralność
Pisałam już, że propaganda jest neutralna moralnie i że postaram się to udowodnić. Zacznijmy od tego, że kiedy myślimy oni niej to może kojarzyć nam się ona kojarzyć z Hitlerem, Goebbelsem czy Stalinem. Nie są to złe skojarzenia. Są one jak najbardziej poprawne. Każdy z nich opanował sztukę propagandy niemalże do perfekcji, posługując się każdą metodą, jaka tylko była możliwa. Wiedzieli oni jak przemawiać, żeby zostać usłyszanym i żeby to, co mówią, poszło jak najdalej. Każdy z nich korzystał również z wielu metod wysyłania komunikatów ideologicznych. Hitler używał radia, filmu, prasy, obrazów, plakatów, zdjęć, manifestacji, parad, haseł, książek, muzyki. Często też przemawiał do swojego narodu. I każde z tych przemówień było swojego rodzaju przedstawieniem dopiętym na ostatni guzik. Mówił prosto, zwracał się do ludzi, używając silnie emocjonalnego języka (niestety nacechowanego negatywnie). Efekt niestety znamy. Ideologia nazistowska urosła tak bardzo, że partia NSDAP z Hitlerem na czele przejęła władzę w Niemczech i doprowadziła do wybuchu II wojny światowej, która zapisała się nadzwyczaj krwawo w historii świata i propagandy. Zginął wtedy ogrom ludzi, a wszystko zaczęło się od ideologii, którą skutecznie wmówiono obywatelom III Rzeszy – oczywiście nie wszystkim, ale niestety wystarczająco wielu, by nazizm spustoszył Europę. Nie gorzej radził sobie z propagandą Stalin, a powiedziałabym, że nawet lepiej. Bo choć Hitler uważany jest za gorszego zbrodniarza, to tamten wcale mu nie ustępował. Za jego rządów zginęły niepoliczalne masy niewinnych ludzi. Komuniści nie byli bardziej litościwi od Niemców. Wszyscy mówią o hitlerowskich obozach koncentracyjnych, a ilu z nas wie o ich komunistycznych odpowiednikach, które również działały na terenie naszego kraju. Kto z nas słyszał o obozie Zgoda w Świętochłowicach czy Salomonie Morelu. W samej Rosji przecież również były gułagi, w których pobyt  bynajmniej sanatorium nie przypominał. Jednakże komuniści tak sprytnie łączyli propagandę z PR-em, tak potrafili manipulować faktami, tak ukrywać swoje działania, że to chyba jednak naziści uważane są dziś za grosze zło. Przykłady te niestety nie pomagają w odczarowaniu słowa propaganda, ale może uda się to kolejnym. No może niekoniecznie następny, bo są nim antyszczepionkowcy, którzy przecież też są propagandystami (upowszechniają idee autyzmu poszczepiennego i innych bzdur, od których czasami głowa chce pęknąć). A przecież szczepionki, tak jak każdy inny lek czy nawet jedzenie, mogą wywołać u nas niepożądane objawy, mniej lub bardziej poważne, jednakże rzucanie w ich stronę hasłami bez pokrycia, tylko szkodzi. Dzięki szczepionkom pozbyliśmy się niektórych chorób, a czasami są one jedynym ratunkiem, jak chociażby w przypadku wścieklizny, na którą nie ma lekarstwa, a osoby niezaszczepione, które udało się uratować, można policzyć na palcach jednej ręki. Antyszczepionkowcy są propagandystami, ponieważ przesyłają swoje idee w świat. W kontrze stoją do nich chociażby lekarze, którzy również dzielą się z nami swoją wiedzą i poglądami na temat np. szczepień, więc również zaliczamy ich do grona propagandystów. Wrzucić do tej grupy możemy też oczywiście księży (tu już każdy musi sobie powiedzieć, jak nacechowany dla niego jest ten przekaz), polityków, vlogerów, blogerów, Ewę Chodakowską (która przecież na każdym kroku propaguje bycie fit), czy kogokolwiek innego, kto chce na was jakoś wpłynąć. Ale czy ten wpływ zawsze jest zły? Czy propaganda Ewy Chodakowskiej dotycząca zdrowego życia jest zła? Czy krzywdzi ludzi (niektórzy mogą powiedzieć, że tak), ale to chyba dobrze, że tym, którzy chcą zmian, pokazuje, jak je osiągnąć. Nikogo nie skrzywdzą tym, że są fit, a jeżeli kogoś to obraża, to mu współczuję. Profesor Miodek jeździ po Polsce i uczy nas jak mówić, czy jest w tym coś złego? Czy kampanie mówiące o szkodliwości picia alkoholu i palenia papierosów lub te, mówiące o krzywdach jakie spotykają dzieci, są negatywne? Wiem, można się czepiać ich metod przekazu, ale przecież ideologia jest słuszna. Propagować, czyli rozkrzewiać, puszczać w świat, uczyć ludzi – to jest pierwotna idea tego słowa, negatywy stworzyliśmy sobie sami. Bo to nie propaganda, podobnie jak nie broń, zabija. Robimy to my, ludzie.

Źródła:
1.      B. Dobek-Ostrowska: Komunikowanie polityczne i publiczne. Warszawa 2008;
2.      B. Dobek-Ostrowska, J. Fras, B. Ociepka: Teoria i praktyka propagandy. Wrocław 1999;
3.      S. Kuśmierski, A. Frydrychowicz: Podstawy wiedzy o propagandzie. Warszawa 1980;
4.      T. Parsons: Szkice z teorii socjologicznej. Warszawa 1972;
5.      A. Pratkanis, E. Aronson: Wiek propagandy. Warszawa 2008;
6.      J. Sztumski: Propaganda – jej problemy i metody. Katowice 1990.

Agnieszka Cegieła
agac@onet.com.pl
Zdjęcie: Joanna Trąbka

Pierwsza współpraca Jennifer Lawrecne z reżyserem Francisem Lawrencem zaowocowała powstaniem trzech części Igrzysk Śmierci, świetnym Pierścieniem Ognia oraz niestety mniej udanymi częściami Kosogłosa. Tym razem twórcy postanowili zabrać się za tematykę zgoła odmienną, a mianowicie za kino szpiegowskie.


Czerwona Jaskółka już od pierwszych zapowiedzi sugerowała, że będzie filmem mocno związanym z konfliktem na linii Rosja–Stany Zjednoczone. Wydaje się natomiast, że liczne odniesienia do polityki nie zaszkodziły w utrzymaniu tempa akcji, równocześnie jednak okazują się one bardzo stereotypowe, co może spłycać wypowiedź całości.

Utracone marzenie 
Główna bohaterka, Dominika Egorova, to baletnica Teatru Bolszoj, która z powodu niefortunnego wypadku musi zrezygnować ze swoich marzeń. Dość szybko staje się jasne, że bez tak dobrze płatnej pracy dziewczyna może stracić mieszkanie, a także opiekę medyczną dla swojej chorej matki. Wkrótce otrzymuje propozycję od swojego wuja, aby pracować dla rządu jako tajna agentka, tytułowa jaskółka. Jednym z jej pierwszych zadań okazuje się szpiegowanie amerykańskiego agenta, Nate’a Nasha. Historia w filmie w dużym stopniu skupia się na samej Dominice i jej dylematach moralnych. Warto jednak zauważyć, że nie brakuje scen poświęconych Nate’owi, dzięki czemu część wydarzeń możemy obserwować z dwóch perspektyw. Historia przedstawiona w Czerwonej Jaskółce nie zaskakuje jednak specjalną oryginalnością i posługuje się schematami utartymi przez wiele wcześniejszych filmów szpiegowskich. Nie brakuje tutaj scen przesłuchań, tortur, odrobiny romansu oraz dwuznacznych zachowań głównej bohaterki. Ostateczny zwrot akcji również jest stosunkowo przewidywalny, a po drodze napotkać można liczne błędy logiczne i drobne niekonsekwencje scenariuszowe.

Damski Bourne
Na plus filmu można zaliczyć dość brutalne, ale jednak bardzo realistyczne sceny akcji. Dominika nawet przez sekundę nie wykonuje akrobacji niczym James  Bond czy agentka Salt. Najbliżej tej ekranizacji do pierwszej trylogii filmów o Jasonie Bournie, z których wycięto kilka scen akcji. Nie oznacza to oczywiście, że Czerwona Jaskółka to nudna produkcja. Reżyser bardzo sprawnie buduje i rozładowuje napięcie, a także w wyważonych ilościach wprowadza sceny akcji i przemocy, choć te ostatnie, tak jak pisałem, potrafią być bardzo brutalne i pełne krwi. W kinie zdarzył mi się nawet moment, w którym odruchowo odwróciłem głowę od ekranu. Szkoda tylko, że twórcy bardzo stereotypowo podeszli do wizji świata. Niestety uznali oni, że Rosja koniecznie musi grać tę najgorszą, kiedy Stany Zjednoczone, mimo że nie pozbawione wad (o których wspomina się trochę na siłę), uznane są za zdecydowanie bardziej moralne i lepsze.

Sztuka złudzeń
Czerwona Jaskółka jak większość filmów szpiegowskich opiera się na złudzeniach tworzonych przez same postaci. Widzowie muszą natomiast uwierzyć w to, co na ekranie odgrywają aktorzy. Muszę przyznać, że Jennifer Lawrence wypada w swojej roli bardzo dobrze. Aktorka przez większość filmu świetnie uchwyciła twardy i zahartowany charakter Dominiki, jednak pozwala sobie też na bardziej emocjonalne sceny, w których potrafi zachować umiar. Jeśli po ostatnich filmach z laureatką Oscara uznaliście, że nie zdoła ona odciąć się od ról rozhisteryzowanych i zapłakanych bohaterek, to Czerwona Jaskółka może zdecydowanie zmienić wasze zdanie. Równie dobrze w filmie wypada Joel Edgerton w  roli Nasha – jeśli w jakikolwiek sposób miałbym wyobrazić sobie szpiega w prawdziwym życiu, to byłby nim właśnie ten bohater. Niestety cała obsada, łącznie z bardzo utalentowanymi Matthiasem Schoenaertsem i Jeremym Ironsem, popełnia jeden podstawowy błąd. Mianowicie ich bohaterowie co chwila zapominają, w jakim języku tak naprawdę mówią. Zrozumiała wydaje się decyzja twórców, aby dialogi były w języku angielskim. Drażni jednak fakt, że główna bohaterka momentami wypowiada się z mocno słyszalnym rosyjskim akcentem, aby po chwili mówić świetnie po angielsku. Nawet w ciągu jednaj rozmowy jest w stanie kilka razy zmienić swój akcent, a co gorsza nie ma to nic wspólnego z wykonywanymi przez nią zadaniami. Tyczy się to niemalże każdego bohatera w tym filmie i sprawia, że widz  nie potrafi w pełni zanurzyć się w wykreowanym przez Lawrence’a świecie.

W ostatecznym rozrachunku Czerwona Jaskółka to jednak całkiem przyjemne kino rozrywkowe. Choć może cierpi na brak oryginalności i pewną niekonsekwencję, to powinna trafić w gusta osób lubiących szpiegowskie dreszczowce. Ciężko byłoby mi natomiast kogokolwiek przekonać, że jest to produkcja, którą trzeba obejrzeć. Myślę, że seans filmu można odłożyć do jego emisji w telewizji, aby zapełnić nim nudny, jesienny wieczór.

Zalety:
+dobre tempo akcji
+dobrze napisani bohaterowie
+realistyczne sceny akcji
+gra Jennifer Lawrence
Wady:
-schematyczny i przewidywalny
-problemy aktorów z akcentami
-stereotypowe podejście do relacji Stanów z Rosją
Ocena 6/10


Patryk Godula
patryk.godula@gmail.com